Posts Tagged ‘powieść’

Tytuł: „Scarlett. Kontynuacja Przeminęło z Wiatrem”

Autor: Alexandra Ripley

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 790

Ocena: 7/10

„Kiedy i gdzie popełniłam błąd? Byłam przekonana, że jeśli tylko odłożę dość pieniędzy, nic mi już nie zagrozi. Teraz jestem bogata, a mimo to boję się bardziej niż kiedykolwiek w życiu.”

[Scarlett]

Jak już zapewne większość z Was wie, jestem ogromną fanką powieści „Przeminęło z wiatrem”. Dlatego też kwestią czasu było to, kiedy sięgnę po kontynuację tej historii, którą w rzeczy samej jest właśnie „Scarlett…”. napełniona trwogą i nadzieją zasiadłam na kanapie i delektowałam się lekturą. Ale czy to, co przeczytałam dorównuje pierwszej części? Czy Scarlett nie straciła niczego ze swojego ognistego temperamentu? O tym za chwilę.

Autorką drugiej części „Przeminęło z wiatrem” nie jest niestety Margaret Mitchell (która zmarła w wyniku potrącenia przez samochód), ale zupełnie inna osoba, z którą dotychczas nie miałam styczności. Alexandra Ripley okazała się również utalentowaną pisarką, choć według mnie brakowało jej lekkości pióra. Znana była głównie z powieści „Scarlett…”, jak również z takich dzieł jak „Ze złotych pól” czy „Charleston”.

Sama historia książki zaczyna się w momencie, gdy tytułowa Scarlett jest świadkiem pogrzebu jej najlepszej przyjaciółki, Melanii Wilkes, gdzie –  niestety – znów staje się celem nieprzychylnych spojrzeń i wrogich słów. Zdesperowana ucieka do Tary aby tam nabrać sił, jednak dom zarządzany ręką jej młodszej siostry nie wydaje się już być przystanią spokoju i radości. Na barki Scarlett spadają kolejne nieszczęścia – jej niania, Mammy, która wręcz zastąpiła jej matkę, ciężko choruje i umiera, ukochany Rhett pojawia się na moment, by zaraz znów ją opuścić, nie wzruszony na płacz i błagania; okazuje się również, że jej bogactwo jej zagrożone wizją bankructwa większości banków, na domiar złego ciotki z Charlestonu znów dopominają się wyjaśnień na temat krążących plotek. Zdruzgotana bohaterka postanawia je odwiedzić, aby ukoić nerwy i aby choć na chwilę uciec od problemów. Tam odnajduje po raz wtóry Rhetta, który opiekuje się majątkiem, matką oraz młodszą siostrą.  W skutek intryg i nieprzychylności niektórych ludzi, Scarlett zmuszona jest wyjechać z Charlestonu i odwiedzić swego dziadka w Atlancie, gdzie – niespodziewanie – odnajduje również rodzinę braci swojego ojca. Zachęcona życzliwością, której już dawno nie zaznała i cudowną luźną atmosferą przepełnioną prostotą i miłością, daje się namówić na podróż do ojczyzny swoich przodków – Irlandii. Wraz z jej wyjazdem jesteśmy świadkami wielu wydarzeń, wielu odkryć i wielu zmian zachodzących w głównej bohaterce, jak i w osobach ją otaczających.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia co do tej części. Właściwie większa część całej historii była naprawdę ciekawa i wciągająca, niestety jej zakończenie jak i wydarzenia je poprzedzające zepsuły pozytywny odbiór książki. Główną rzeczą, do której mogę się naprawdę przyczepić jest sama Scarlett i zakończenie. Ale od początku.

Już czytając pierwsze strony książki można wyczuć inny styl pisania, a co za tym idzie – inny klimat towarzyszący całej historii. Nie jest to jednak nic rażącego czy odrzucającego, raczej powiedziałabym  coś nowego, świeżego. Schody zaczynają się dopiero przy pierwszym „dogłębniejszym” spotkaniu z główną bohaterką, Scarlett O’Hara. Mimo wielkich – jak mi się wydaje – starań pisarki, Scarlett straciła trochę na temperamencie, inteligencji i sposobie postrzegania otoczenia. Gdy żegnamy się z naszą bohaterką w pierwszej części „Przeminęło z wiatrem” jest ona dojrzałą, zmieniającą się osobą, pozostającą jednak szczerą wobec siebie i osób, które kocha. W kolejnej części jednak wracamy do punktu wyjścia – O’Hara znów staje się zadufaną, widzącą tylko czubek swojego nosa damą, niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Znów porzuca swoje dzieci na rzecz „wolności”, znów zaczyna pełne skandali życie, po to tylko aby w końcowej scenie zmienić się diametralnie. Pozytywnym zaskoczeniem natomiast jest Rhett Butler. Bohater został przedstawiony bardzo ciekawie, w dodatku pani Ripley udało się zachować jego charakter i sposób postępowania w zgodzie z oryginałem. Wielkim plusem jest również fakt, że autorka dość szczegółowo i ciekawie opisała całą rodzinę Rhetta, jego historię przed i po spotkaniu Scarlett oraz jego relacji z najbliższymi.

Kolejnym, moim zdaniem, błędem było umieszczanie niektórych zdarzeń, które w rzeczywistości nie wnosiły do historii nic nowego, a które to stawały się nudne po pewnym czasie. Przykładem tu może być choćby wprowadzenie dziadka Robillarda, którego właściwie nie przedstawiono zbyt ciekawie, a i sam wątek dłużył się po chwili i wręcz wydało mi się, że powstał tylko z braku pomysłu i z potrzeby zapełnienia pustych stron. Również moment z dalszą rodziną Scarlett wydał mi się lekko naciągany i naiwny. Wesołe ale ubogie irlandzkie towarzystwo mieszkające w małym domku, z mnóstwem rudych dzieci, a pośród nich Scarlett O’Hara, kobieta ceniąca sobie luksus i wygodę, osoba wychowana na olbrzymiej, tętniącej życiem plantacji? Nie, to już było dość nierealne. Ale gdy przeczytałam, że Scarlett postanowiła z nimi zamieszkać, bez pięknych sukien, bez służącej, bez bogactwa i wyszukanych potraw? O nie, to już zupełnie nie mieściło mi się w głowie. Tym bardziej, że nadal mieliśmy do czynienia z damą zadzierającą nosa.

Również wyjazd do odległej Irlandii wydał mi się mało prawdopodobny. Oczywiście ciekawa byłam przygód, które czekały tam na naszą bohaterkę, jednak muszę przyznać, że się rozczarowałam. Autorce wyraźnie zaczynało brakować pomysłu jak poprowadzić cały ten wątek i jak z niego wybrnąć obronną ręką. Na pewno nie pomógł jej w tym fakt, że przedstawiła Scarlett jako naiwną młodą damę, która postanowiła zostać w Irlandii na zawsze, nie zważając na to, w co się pakuję, na biedę i niebezpieczeństwa. Problemem był również tuzin nowych postaci, które pojawiały się chyba tylko po to aby się przedstawić, przy czym czytelnik za chwilę zapomniał o ich imionach i skąd właściwie się wzięli, z kim byli spokrewnieni i co robią w całej tej historii. Uważam, że 90% postaci, które pojawiły się w wątku poświęconym Irlandii były zupełnie zbędne. Na końcówkę natomiast zabrakło zupełnie pomysłu, niestety.

Ogólnie jednak książka nie jest najgorsza. Język użyty w powieści jest przystępny, łatwy do odbioru, dzięki czemu trafia do starszych, jak i młodszych czytelników. Styl, jakim została nakreślona cała historia nie zachwyca, ale również nie odpycha. Mimo tych plusów, uważam, że autorka nie miała pomysłu na tę książkę i podjęła się stworzenia kontynuacji ze względu na sławę pierwszej części.

Mimo paru minusów jestem zadowolona, że sięgnęłam po kontynuację „Przeminęło z wiatrem”, choć muszę przyznać, że spodziewałam się zupełnie czego innego i z pewnością wiele wątków poprowadziłabym inaczej. „Scarlett” bowiem ma potencjał, który niestety nie został do końca wykorzystany. Dlatego też polecam tę książkę raczej tylko fanom pierwszej części, ale uprzedzam, że mogą się trochę rozczarować.

__________________________________________________________________

Kochani! Znów wcięło mnie na parę tygodni, jednak tym razem powodem mojej nieobecności był mój dwutygodniowy urlop, który spędziłam w Polsce. Naprawdę tęskniłam za moim miastem i byłam bardzo szczęśliwa, że w końcu mogłam odwiedzić wszystkie znajome miejsca, za którymi tęskniłam i po których wielokrotnie błądziłam w moich snach. Cieszę się również, że mogłam odwiedzić przyjaciół i rodzinę, do czego nie zniechęcił mnie nawet śnieg po kostki i trzaskający mróz (-12 stopni to jednak duży szok, gdy przyjeżdża się z miejsca, w którym najniższa temperatura tej zimy wynosiła jedynie 0 stopni ;)). Mimo zadowolenia z urlopu, muszę przyznać, że zamiast wypocząć, to jestem jeszcze bardziej zmęczona ha-ha. A najtrudniejszy niestety jest powrót do pracy. Dlatego też ratuję się wspomnieniem urlopu:

Swojskie polskie kaczki, otóż to! Pozytywnie nakręcona wspomnieniami z urlopu, pozdrawiam wszystkich Was cieplutko i życzę jak najszybszego wzrostu temperatury i tego, abyście mogli cieszyć się tak piękną i słoneczną pogodą jaką ja mam okazję się radować. Ahoj! 🙂

Tytuł: „Szeptem”

Autor: Becca Fitzpatrick

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 325

Ocena: 3/10

„– Vee, zechcesz towarzyszyć mi do toalety?
– Nie możesz iść sama?
– Planowałam iść sama, ale byłoby cudownie, gdybyś poszła ze mną.
– Dziewczyny, skąd wam się to wzięło? – odezwał się Elliot, obdzielając nas uśmiechem. – Słowo daję, jeszcze nie spotkałem takiej, która by mogła iść do toalety sama. – Pochylił się do nas i szepnął konspiracyjnie: – Możecie mi to zdradzić? Dam wam po pięć dolców, serio. – Sięgnął do tylnej kieszeni. – A jak mnie tam wpuścicie i załapię, o co biega, dam nawet po dysze.” [Elliot]

Jako że ostatnio rekordy popularności biją książki z gatunku paranormal romance, to też większość autorów współczesnych kieruje się tym wyznacznikiem, tworząc historie poświęcone związkom normalnych ludzi z wampirami, wilkołakami, duchami, zombie oraz wszystkim tym, co nosi znamiona  nienormalności i para-psychiczności. Oczywiście przyszła też kolej na anioły, a żeby było bardziej dramatycznie – upadłe anioły.

Historia zaczyna się znajomo. Poznajemy szesnastoletnią Norę – przeciętną dziewczynę z rozczochranymi włosami i postępującą anemią, mieszkającą w małej miejscowości, również do bólu normalnej. Nora wraz z najlepszą przyjaciółką uczy się w liceum, gdzie, na lekcji biologii, poznaje tajemniczego i przystojnego Patch’a, który wyraźnie jest nią zainteresowany. Wkrótce po poznaniu chłopaka, Norę zaczynają spotykać dziwne, trudne do pojęcia i jeszcze trudniejsze do wyjaśnienia rzeczy. I choć nastolatka nie ma pojęcia dlaczego wszystko to przydarza się właśnie jej, jest niemal pewna, że z Patchem coś jest nie tak i że ma on coś wspólnego z całym tym zamieszaniem.

Cóż, jak wiele osób się pewnie domyśla, sięgnęłam po tę książkę głównie ze względu na bardzo pozytywne opinie, które zebrała na wielu blogach oraz portalach internetowych. Niestety książeczka nie do końca trafiła w moje gusta. Prawdę mówiąc rozminęłyśmy się o całe lata świetlne. Być może spowodowane to jest faktem, że naście lat skończyłam już dawno temu i być może wyrosłam już z książek tego typu, a być może nawał książek o takiej tematyce zupełnie mnie zniechęcił.

Główna bohaterka, Nora, okazała się anemiczną, połykającą żelazo w zatrważających ilościach niezdecydowaną nastolatką. Raz bowiem twierdzi, że uwielbia ryzyko i tajemnice, by zaraz oznajmić, że ona nie będzie brała udziału np. w śledzeniu kogoś. Spontaniczność tej osoby widocznie popełniła harakiri i aby upewnić się, że nigdy nie zmartwychwstanie, skoczyła dodatkowo z dziesiątego piętra wprost pod nadjeżdżający pociąg. Do tego dochodzi jeszcze uderzające podobieństwo do bohaterki popularnej sagi „Zmierzch” czy też „Dary anioła” oraz niesamowita wręcz ignorancja ze strony nastolatki. Tak z grubsza opisałabym Norę.

Kiedy w końcu dobrnęłam do momentu, gdzie kwestia Patcha jest dłuższa niż dwa zdania, byłam pełna nadziei, że okaże się on rzeczywiście kimś tajemniczym, a jednocześnie odpychającym i przyciągającym. O, jak się bardzo pomyliłam! Co prawda postać Patcha nie wywoływała już skrętów żołądka, ale nie znaczy to wcale, że był godny poświęcenia uwagi. Właściwie to, nie licząc paru kwestii, Patch pojawiał się w książce sporadycznie, po to tylko aby obronić Norę przed niebezpieczeństwem albo aby ponaigrywać się z jej wyglądu. Muszę też przyznać, że zupełnie nie rozumiem (najwyraźniej nie załapałam tego momentu) w jaki sposób Patch i Nora się w sobie zakochali. Na resztę postaci szkoda mi czasu oraz miejsca, choć gdy zastanowiłam się dłużej, to doszłam do wniosku, że jedyną, naprawdę fajną postacią była przyjaciółka głównej bohaterki, Vee Sky.

Cała książka dziwnym trafem przypominała mi „Zmierzch” (choć to już może moja paranoja) i nie mogłam się powstrzymać przed porównywaniem obu historii. Nie dość, że Nora, tak jak Bella, była bardzo przeciętną dziewczyną uczęszczająca do szkoły średniej, to w dodatku swego paranormalnego ukochanego również poznała na lekcji biologii! Czy Amerykanie naprawdę przykładają do tego przedmiotu aż tak ogromną wagę, czy może jest to jakiś umowny znak, z którego istnienia zwykli śmiertelnicy nie zdają sobie sprawy? Być może biologia i zjawiska paranormalne wręcz się przyciągają? Oczywiście – jak na szanującą się książkę dla młodzieży – nie może zabraknąć wątków przyspieszających bicie serca. Oto Patch, na wzór Edwarda, ratuje dzięki nadprzyrodzonym zdolnościom bezbronną Norę przed śmiercią.

Ciekawe wydało mi się również przedstawienie postaci. Nora bowiem wpasowała się w kategorię „szarej myszki, rozchwytywanej przez wszystkich przystojniaków w okolicy”, jej przyjaciółka Vee Sky  dostała kategorię „naiwnej i mało inteligentnej ale zabawnej” i dziwnym trafem przypominała serialową Monę z „Pretty Little Liars”. Patch natomiast to  kategoria „próbuję być tajemniczy”, a Marcia, najgorszy wróg dziewcząt to „zło wcielone”. Najbardziej rozśmieszyło mnie podejście właśnie do postaci negatywnych, które zostały przedstawione wręcz karykaturalnie jako płytkie, tępe, nijakie; ich próby przebiegłości wywoływały jedynie uśmiech politowania.

Sama fabuła też nie wzbudziła zachwytu. Ot, mamy nastolatkę, która próbuje żyć normalnie po śmierci ojca. Codziennie uczęszcza do lokalnego liceum wraz z przyjaciółką, aż tu nagle spotyka Patcha, którego raz postanawia unikaj, raz pcha mu się w ramiona. Oczywiście zaraz okazuje się, że Nora jest potomkinią anioła, a Patch teoretycznie jest jej śmiertelnym wrogiem. W dodatku irytowały mnie niesamowicie niedociągnięcia. W pewnym momencie jest mowa o tym, że Nora nie może zbyt późno wracać do domu. W następnym dziewczyna znika na prawie całą noc, jest świadkiem morderstwa staruszki, następnie ląduje w motelu z prawie obcym chłopakiem, a co na to jej opiekuńcza matka? Chyba zapomniała, że ma córkę. Albo historia końcowa, gdy Nora odkrywa ciało w szkole. Gdybym ja znalazła ciało kogoś znajomego, to najprawdopodobniej dostałabym zawału na miejscu. Nora natomiast jakby ledwie zdobyła się na łzy. Cóż, jak to określiła Vee Sky – powoli zmierzamy do krainy To-Całkiem-Bez-Sensu.

Początkowo wydawało mi się, że książka jest po prostu zwykłą, lekką opowiastką dla nastolatek. Z czasem jednak przekonałam się, że historia jest nie tyle co nudna, ale nijaka i mimo tego, że została napisana łatwym i przystępnym językiem, to musiałam zmusić się do jej dokończenia. W dodatku odniosłam wrażenie, że od początku do mniej więcej połowy opowieści, autorka wyraźnie nie miała pomysłu zarówno na akcję, jak i na dialogi między bohaterami. Pod koniec nareszcie udało się jej utworzyć coś na kształt dynamiki, a zdarzenia posypały się jedno po drugim.

Naprawdę rzadko zdarza się, że zniechęcę się do książki tak bardzo, ponieważ jestem raczej tolerancyjna jeśli chodzi o twórczość pisarską i przebrnę niemal przez wszystkie twory literatury, ale ta książka była dla mnie nie do pokonania. Nie rozumiem zupełnie idei tworzenia czegoś na wzór innych popularnych książek, tylko po to aby wstrzeliło się to w aktualnie popularny kanon lub temat. Szczerzę nie cierpię książek bazujących na popularności innych książek. Ani to oryginalne, ani ciekawe.  Za to mogę przyznać, że zdecydowanie jest to najsłabsza książka jaką miałam okazję czytać do tej pory (aż strach pomyśleć ile jeszcze części tej książki powstanie). Dlatego też, z ręką na sercu, polecam tę książkę tylko i wyłącznie miłośnikom gatunku, ewentualnie fanom sagi „Zmierzch”, choć nie jestem pewna czy i ci docenią opowieść pani Fitzpatrick.

Tytuł: „Pretty Little Liars. Kłamczuchy”

Autor: Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 280

Ocena: 8/10

„Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego, że wierzy w nie więcej osób.”

Oscar Wilde

Chyba każdy z nas ma jakieś sekrety i tajemnice. A wiadomo, że w raz z sekretami w parze idą kłamstwa. Kto z nas bowiem nie kłamał, czy to w dobrej wierze, czy też nie? I choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy, to te kłamstewka i tajemnice mogą w pewnym momencie zacząć żyć własnym życiem i przysporzyć nam tym samym naprawdę wielu kłopotów.

Wydaje mi się, że tego samego zdania była też Sara Shepard tworząc serię książek, zatytułowanych „Pretty Little Liars”. Co ciekawe, dodam, że seria powstała na podstawie wspomnień samej autorki, kiedy ta był nastolatką.

O samej autorce wspomnę naprawdę krótko. Jak każda młoda dziewczyna chciała być gwiazdą, kimś sławnym; z czasem jednak jej zainteresowania się zmieniły i postanowiła zostać projektantką klocków Lego. Jak wiemy, z dziecięcych marzeń mało zostaje, i tak też było w przypadku pani Shepard, która jednak postawiła na pisarstwo. I wydaje mi się, że to było lepsze posunięcie niż zostanie projektantem klocków. Nawet dla tak zacnej firmy jak Lego.

Historia jest jednocześnie dosyć zwykła, ale zarazem skomplikowana. Oto poznajemy cztery dziewczyny w wieku około szesnastu lat – Spencer, Hannah, Aria i Emily. Każda z nich jest zupełnie inna, ma inne problemy, żyje w innym świecie, a jednak przed laty były najlepszymi przyjaciółkami. Spoiwem była Alison. Szkolna gwiazda, przebojowa i zabawna, marzenie każdego chłopaka, a zarazem wróg każdej zazdrosnej nastolatki; królowa całej paczki. Pewnego dnia jednak Alison znika w niewyjaśnionych okolicznościach, nie dając znaku życia. Jej przyjaciółki, choć przerażone i załamane, w końcu godzą się z losem. Parę lat później zdaje się, że nic już ich nie łączy, każda ułożyła sobie życie po swojemu, zapominając, że jeszcze jakiś czas temu tworzyły zgraną paczkę. Wszystko zmienia się drastycznie, gdy Emily, Spence, Hannah i Aria zaczynają dostawać niepokojące wiadomości, których nadawcą jest anonimowy A. Okazuje się, że ktoś zna wszystkie tajemnice, o których dziewczyny najchętniej zapomniałyby na zawsze. Jednak tajemniczy nadawca nie ma zamiaru na to pozwolić. Pytanie więc – do czego zdolne są dziewczyny, aby dowiedzieć się kim jest A. i aby go lub ją powstrzymać?

O samej fabule mogę napisać, że jest naprawdę wciągająca. Początkowo zasiadając do książki obawiałam się, że rozczaruję się nią, tak jak było przy lekturze „Ciepłych ciał”, jednak śmiało mogę stwierdzić, że akcja i cała ta pogmatwana historia wciągnęły mnie tak bardzo, że zaraz po skończeniu pierwszej części, zakupiłam sobie kolejną.

Wszystko wydaje się być naprawdę dopracowane; każdy szczegół został przemyślany, dzięki czemu czytelnik gdy już już myśli, że rozwiązał zagadkę i wie, kim jest A., nagle musi obejść się smakiem, ponieważ jego domysły zostają rozwiane, a podejrzenia padają na kolejną osobę. Równie interesująca jak zaginięcie Alison, jest historia każdej z dziewcząt i tajemnice, z którymi każda z nich się zmaga.

Co do bohaterek, to jestem jak najbardziej na tak. Postaci są wyraźne, bardzo ludzkie, brak w nich tego znienawidzonego przeze mnie rozmemłania i nijakości. Każda z dziewczyn ma swoje życie, swoje sprawy i bardzo pragnie, aby stworzony przez nie porządek przetrwał cały huragan związany z wiadomościami od tajemniczego bądź tajemniczej A. jednocześnie możemy zaobserwować jak z prawie obcych sobie ludzi, nastolatki znów stają się sobie coraz bliższe, a ich przyjaźń silniejsza, co skłania je ku przemyśleniom, że być może Alison nie była jedynym, co je ze sobą naprawdę łączyło.

Pisząc o bohaterkach muszę również wspomnieć, że przed przeczytaniem książek najpierw trafiłam na serial o tym samym tytule, który oczywiście powstał na podstawie książek. Z serialowymi bohaterkami było różnie: niektóre naprawdę przypadły mi do gustu i naprawdę je polubiłam, inne wydały mi się zbyt mdłe. Mimo to zapadły mi w pamięć tak głęboko, że później przy czytaniu książek nie mogłam odgonić od siebie obrazu ich twarzy. I tak też blond-włosa Spencer na zawsze będzie dla mnie smukłą wysoką brunetką, tak jak Aria zresztą. Muszę też wspomnieć, że nie przepadałam za serialowymi Emily i Arią, były postaciami jak dla mnie zbyt nudnymi, denerwującymi. Natomiast dzięki książce spojrzałam na nie zupełnie inaczej. Aria nie wydawała się już taka irytująca, przeciwnie! Została bardzo dokładnie opisana, ze wszystkimi dziwactwami, dzięki czemu czytelnik naprawdę czuł, że spotyka się z kimś oryginalnym, z indywiduum, a nie z drażniącą, rozpieszczoną dziewuchą. Emily natomiast w serialu była do granic mdła. Z książką jest inaczej, Emily wydała się osobą targaną sprzecznymi uczuciami, do tego trochę samotną i zirytowaną. Natomiast moją ulubioną bohaterką niepodzielnie, tak w książce jak i w serialu, jest Spencer Hastings. Uwielbiam ją pod każdym względem i wydaje mi się, że jej wątek i wątek Arii naprawdę udał się autorce i jest w stanie zaciekawić wszystkich. Spencer jest osobą bardzo inteligentną, pracowitą, zajętą, biorącą udział we wszystkich szkolnych zajęciach i konkursach. Ceni sobie szczerość i racjonalne myślenie. Do tego jest bardzo obowiązkowa, nawet jej strój świadczy o tym jak rygorystycznie podchodzi sama do siebie. Mimo to możemy zobaczyć też drugą twarz Spenz, osobę samotną, szukającą uznania w oczach najbliższych, zagubioną po stracie Alison.

Język i styl, w którym została napisana książka jest naprawdę bardzo przystępny, dzięki czemu skłania do sięgnięcia po tę lekturę nie tylko nastolatki, ale również osoby nieco starsze, które szukają oryginalnych historii z morderstwem i tajemnicami w tle. Poza tym książka jest podzielona na trzydzieści pięć rozdziałów, które zazwyczaj są poświęcone kolejno każdej bohaterce, co sprawia, że historia jest jeszcze bardziej przystępna i przyjemniej się ją zgłębia. Dużym plusem książki jest też jej oprawa graficzna. Okładka jest śliczna i mile cieszy oko; zresztą każda część serii ma przepiękne okładki, które naprawdę przyciągają spojrzenie!

Moje odczucia co do książeczki są jak najbardziej pozytywne i jak już wspomniałam – na pewno sięgnę po kolejne części. Historia bardzo mnie wciągnęła i nie wyobrażam sobie, że mogłabym porzucić bohaterki, zanim rozwiążą zagadkę zniknięcia A. i tego, kto jest autorem tych wszystkich wiadomości, które dostają regularnie. Polecam tę książeczkę nie tylko nastolatkom, ale wszystkim tym, którzy od czasu do czasu mają ochotę na łamanie sobie głowy problemami i tajemnicami, które szukają opowieści o przyjaźni, jednocześnie mając ochotę na morderstwo w tle. Ponadto fani serialu mogę być naprawdę zaskoczeni, gdyż książka przedstawia wiele zdarzeń pominiętych w serialu. Naprawdę zachęcam do sięgnięcia po tę książeczkę.

                                                                    

Kochani moi! Wiem, przepadłam na parę tygodni nie było ode mnie żadnego znaku życia, ale uwierzcie mi – miałam w pracy tak zwany gorący okres i naprawdę brakowało mi na wszystko czasu, a te parę chwil, które sobie wygospodarowałam zazwyczaj przeznaczałam na to, co tygryski lubią najbardziej, czyli na gorący kubas herbaty i kolejne tomiszcza książek (swoją drogą muszę się pochwalić, że czytam kontynuację „Przeminęło z wiatrem”, ponieważ w końcu dostałam przesyłkę). W każdym razie w końcu w pracy trochę spokojniej i mogę poświęcić się znów w pełni czytaniu, recenzowaniu i blogowaniu. Przepraszam Was serdecznie również za to, że nie odwiedzałam Waszych blogów przez ostatnie dwa tygodnie, ale obiecuję, że na dniach postaram się nadrobić zaległości, które w tym czasie powstały. Zresztą zaraz zabieram się za czytanie Waszych notek. Postaram się już nie znikać na tak długi okres i zamieszczać na blogu co najmniej jedną recenzję tygodniowo. Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję, że ktoś jeszcze pamięta o blogu Bluszczyka 🙂

Tytuł: „Przeminęło z wiatrem”

Autor: Margaret Mitchell

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 879

Ocena: 10+/10

„Świat cały nie zdoła nas pokonać, gubimy się jednak sami przez zbyt mocne pragnienie rzeczy, których już nie posiadamy – i przez zbyt uporczywe życie wspomnieniami”

[babcia Fontaine]

Parą lat temu, przeskakując pilotem po kanałach telewizyjnych natrafiłam na film, który na długo utknął mi w pamięci, a dewiza głównej bohaterki została przeze mnie niejako zaadoptowana. Historia taka bardzo mnie wciągnęła, że pamiętałam ją latami, nie zdając sobie sprawy z tego, że film powstał w oparciu o książkę! Pewnego dnia jednak natknęłam się na opasły tom w lokalnej bibliotece i wtedy właśnie pierwszy raz usłyszałam o Margaret Mitchell.

Ta, nagrodzona Nagrodą Pulitzera, pisarka urodziła się 8 listopada 1900 roku w Atlancie, gdzie przebywała aż do swojej śmierci. Dwukrotna mężatka, kobieta wykształcona. Pisarstwem zajęła się, gdy choroba przykuła ją do łóżka. Jej najsławniejsza powieść „Przeminęło z wiatrem” powstawała w ciągu dziesięciu lat, a wydana została w roku 1936. W tym samym roku pisarka sprzedała prawa do sfilmowania swojego dzieła za 50 000 dolarów. W późniejszych latach zajmowała się głównie akcjami charytatywnymi, zaangażowała się w ruch afro-amerykański na rzecz praw czarnych w Atlancie, pomagała podczas II wojny światowej w różnych szpitalach. Zginęła 11 sierpnia 1949 roku, potrącona przez pijanego taksówkarza. Muszę przyznać, że nigdy nie żałowałam bardziej niczyjej śmierci, niż właśnie Margaret Mitchell, gdyż mogła stworzyć kolejne, równie wciągające i cudowne powieści.

Historia zaczyna się w roku 1861. Scarlett O’Hara jest dumną i rozpieszczoną córką Geralda i Ellen O’Hara, plantatorów z Georgii. Dziewczyna, choć zdaje się być flirciarą, której sprawia przyjemność odbijanie narzeczonych innym pannom, potajemnie kocha Ashleya Wilkesa. W skutek pewnych zdarzeń dowiaduje się nagle, że jest on zaręczony ze swoją kuzynką, Melanią Hamilton. Na przekór wszystkim, nie mogąc opanować zazdrości i wściekłości, wychodzi za brata Melanii, by po krótkim czasie zostać wdową. W tym samym czasie wybucha wojna secesyjna, która zmusza główną bohaterkę do przeprowadzenia się do Atlanty, gdzie spotyka dawnego znajomego, Rhetta Butlera, z którym flirtuje mimo tego, że darzy go nienawiścią a zarazem sympatią. Wkrótce wojna wybucha na dobre, a mieszkańcy Południa zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że dla nich wojna jest przegrana. Tracą swoje majątki, słowo Konfederatów przestaje się liczyć, niewolnictwo zostaje zniesione. Po zderzeniu z nowym porządkiem, po doznaniu biedy i zimna, Scarlett obiecuje sobie, że jej głównym celem od tej pory jest ratowanie Tary, rodzinnego majątku i że dla tej sprawy gotowa jest poświęcić wszystko – honor, przyjaźń, dumę, a nawet miłość. Od tej chwili podążamy za losami Scarlett i jej bliskich, jesteśmy też światkami tego, jak zmienia się jej uczucie do Ashleya, Melanii, a przede wszystkim do Rhetta.

Z ręką na sercu mogę przyznać, że „Przeminęło z wiatrem” to najlepsza powieść jaką dane mi było czytać. Jestem zupełnie zauroczona nie tylko losami Scarlett, ale historią wojny secesyjnej i przemian jakie zaszły w Ameryce.przekonałam się na własnej skórze, że książka ta to nie tylko najpiękniejsza historia miłosna wszech czasów, ale również wspaniale opisane losy Południa, jej mieszkańców, zwyczajów tam panujących, kwestii niewolnictwa czy choćby sposobu życia w tamtych czasach. Ponadto jest to prawdziwa uczta dla tych, którzy podziwiają kunszt pisarki najwyższych lotów, co mogę z pewnością powiedzieć na temat talentu Margaret Mitchell.

Język książki jest przystępny, przyjazny, bez zbędnych – często psujących harmonię utworu – upiększeń czy udziwnień. Historia płynie gładko, jest spójna, a zdarzenia są tak rzeczywiste i – wydawać by się mogło- bliskie naszym czasom, że wydajemy się wręcz wciągnięci w ich wir. Postaci, które wykreowała pisarka są wyraziste, żywe, pochłaniające całą naszą uwagę. W dodatku wywołują bardzo silne uczucia-  od nienawiści, po miłość i współczucie. W tym wszystkim nie mogło zabraknąć opisów wojny, relacji zdawanych z sytuacji wynikającej z danych wydarzeń. Czytelnik zostaje rzucony w centrum akcji, jest świadkiem sporu między Północą a Południem, między poglądy dotyczące niewolnictwa.

„Mechanizm każdego człowieka działa inaczej”

[Will]

Wydaje mi się, że głównym atutem książki są jej bohaterowie. Scarlett O’Harę poznajemy na samym wstępie i jesteśmy świadkami, tego co dzieje się z bohaterką w ciągu całej powieści. Początkowo jawi się jako dziewczę puste, ale zarazem inteligentne, o wielkim temperamencie; jej życiową dewizą są słowa „Pomyślę o tym jutro; juro będę się tym martwić”. Od początku zdajemy sobie sprawę, że Scarlett nie potrafi  podporządkować się ogólnie przyjętym zasadom, buntuje się, staje się „czarną owcą” towarzystwa, choć nikt z dobrze wychowanych przyjaciół nie mówi tego wprost. Scarlett jest z pewnością bohaterką o bardzo ludzkich cechach, jednocześnie jest tak daleko od bycia ideałem jak to tylko jest możliwe. Można powiedzieć, że próżność długo jest jej znakiem rozpoznawczym. Próżna, nieczuła,skłonna do wybuchów gniewu, zarozumiała, uparta, chwytająca życie takim jakie jest – tak można opisać Scarlett. Mimo że zawsze chciała być podobna do matki, kobiety spokojnej, dobrej i ułożonej, zdaje się, że z każdym dniem się od tego wizerunku oddala.

Zaskoczeniem może być fakt, że dziewczyna o tak porywczym charakterze zakochuje się w Ashleyu, mężczyźnie ciągle bujającym w obłokach, nieobecnym, spokojnym i ułożonym. prawda jest jednak taka, że bohaterka zupełnie nie rozumiała Wilkesa i dlatego przypisywała mu cechy, które chciała w nim widzieć, tworząc w ten sposób swój ideał, niestety nie istniejący w rzeczywistości. Odrzucona przez – jak jej się długo wydawało – miłość swojego życia, godzi się na małżeństwo z Charliem Hamiltonem, bratem narzeczonej Ashleya. Nie trzeba chyba wspominać jak bardzo Scarlett nienawidzi zarówno Charlesa, jak i Melanii. Nie dane jest jej „cieszyć się” małżeństwem długo – Charlie ginie na wojnie, pozostawiając po sobie wspomnienie w postaci synka, Wade’a. Wydaje mi się, że właśnie w tym momencie całe życie głównej bohaterki zaczyna się zmieniać. Wyjeżdża do Atlanty i wraz ze swoim małym synkiem zamieszkuje z Melanią i ciotką Pitty. Tam też spotyka po raz kolejny Rhetta Butlera, przemytnika i podrywacza. Po wielu perypetiach, po przeżytym ataku wojsk na Atlantę, Scarlett i Mela uciekają do domu, do Tary. Główna bohaterka zmuszona przez okoliczności, przez biedę, której smak poznała, ponownie wychodzi za mąż, oczywiście bez miłości, za to zyskując fortunę. Ciężko pracując powiększa  swój majątek, do momentu gdy traci drugiego męża. Wtedy właśnie godzi się na propozycję Rhetta – wychodzi za mąż po raz trzeci, teraz za kapitana Butlera.

Przyglądając się Scarlett, mogę przyznać, że jest to zdecydowanie jedna z tych bohaterek, które na długo zostają w pamięci. Mimo swoich wad zyskała moją miłość, pokochałam ją zupełnie, z całym inwentarzem cech jej charakteru. Z jednej strony wydaje mi się, że jest ona osobą bardzo się ode mnie różniącą, z drugiej zaś wydaje mi się, że jesteśmy do siebie bardziej podobne niż początkowo myślałam.

Scarlett działa na czytelnika w wyjątkowy sposób. Oto z jednej strony mamy denerwującą młodą kobietę, której wyborów często nie mogłam zrozumieć. Odpychało mnie to, jak traktowała swojego synka, Wade’a (był dla niej tak mało ważny, że prawie zapomniała o nim, uciekając przed Jankesami z Tary). Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie lubiła swoich sióstr, dlaczego nie potrafiła dostrzec kochającego ją serca Meli, dlaczego raniła tyle bliskich jej osób. Z drugiej strony rozumiem doskonale, że bieda i strach przed utratą tego, co dla niej najważniejsze – Tary, popychały ją do rzeczy wręcz niemożliwych. Podziwiałam ją za to, że potrafi iść przez życie z siłą, z podniesionym czołem, że zawsze walczy o swoje. Pokochałam w niej to, że za każdym razem gdy zdawało mi się, iż Scarlett się zmieniła, nagle pach! – ona znów postępowała „po swojemu”. Z przyjemnością obserwowałam bardzo powolny proces przemiany, która w niej zachodziła i kiełkowaniu miłości do Rhetta, z której istnienia bardzo długo sobie nie zdawała sprawy. Mogłabym długo opisywać Scarlett O’Harę, ale nic, żadne słowa nie oddadzą tego, jak wyjątkową postacią jest.

Jednocześnie sądzę, że na dużą uwagę zasługują również Melania, Ashley i Rhett. Melę pokochałam już na samym początku, wydawała się słodkim, spokojnym, słabym stworzeniem. Nagle jednak, w obliczu zagrożenia, okazuje się, że to właśnie Mela jest najsilniejsza, że to ona jest podporą wszystkich rodzin konfederatów, że jest podporą Scarlett, o której ta druga nie zdawała sobie sprawy bardzo długo. Melania kocha Scarlett prawdziwym, gorącym uczuciem, takim samym, jakim darzy swojego męża Ashleya. Z pozoru wydaje się osobą delikatną i słabą, ale w rzeczywistości jest odważna, dumna, a jej siłą i bronią jest miłość. Miłość tak czysta, że zasługująca niemalże na cześć. „Teraz, patrząc ze smutkiem w przeszłość, Scarlett zrozumiała, że Melania zawsze stała u jej boku z szablą w dłoni, nieodstępna jak cień, kochająca ją, walcząca za nią ze ślepym, namiętnym oddaniem, zwalczająca Jankesów, pożar, głód, biedę, opinię publiczną i nawet ukochaną rodzinę. Kiedy Scarlett zrozumiała, że miecz, który ją odgradzał od świata, został na zawsze złożony do pochwy, uczuła, że odpływa z niej odwaga i wiara w siebie.” – jak się okazuje, to nie miłość do Ashleya, ale miłość Melanii wzniecała w Scarlett odwagę, bunt przeciwko światu i chęć walki, wszystko zawierało się w niepozornej osóbce Melanii Hamilton, kroczącej za Scarlett niczym cień, anioł stróż. Scarlett natomiast za późno zrozumiała, że kocha Melę ponad życie. Moim zdaniem to właśnie Mela jest postacią najbardziej godną szacunku i podziwu. Prawdziwa dama, lojalna, dumna, szczęśliwa w tym co ma, bezgranicznie oddana bliskim.

Ashley Wilkes to urodzony dżentelmen, trzymający się kurczowo swoich czasów i nie potrafiący przystosować się do nowego porządku świata; najbezpieczniej czuje się w świecie swoich marzeń . Wydaj się być człowiekiem stworzonym do usługiwania damom, zarządzania wielkim majątkiem. Gdy go poznajemy jest człowiekiem spokojnym, bardziej niż wystawianie bali interesują go książki, podróże i filozofia, jednak z biegiem akcji i w skutek zmian, które zachodzą w jego otoczeniu, Ashley traci swój urok, zaczyna tracić również energię i wiarę. Wiarę w to, że kiedykolwiek przywyknie do nowych czasów, do nowego sposobu życia. Muszę przyznać,że Ashley Wilkes to dla mnie postać dość zaskakująca i odebrałam go pozytywnie. Spokojny, ustatkowany, jest zupełnym przeciwieństwem Scarlett, a mimo wszystko dziewczyna go pociąga, podziwia jej temperament i wolę walki, wolę życia. Długo nie potrafi przyznać się przed sobą, że pożąda jej i jednocześnie nie może się do niej zbliżyć, stawiając na pierwszym miejscu swoją dumę i kodeks honorowy. Dopiero po wielu latach z Melanią i Scarlett u boku, zaczyna rozumieć, że to nie miłość, że od samego początku kochał Melanię, że to Mela jest jego marzeniem. Bohater przechodzi wewnętrzną zmianę, jednak nie jest to zmiana na lepsze jak w przypadku Scarlett. Ashley nie potrafi unieść ciężaru jaki niesie ze sobą nowy porządek świata. Ashley Wilkes jest dokładnym odzwierciedleniem upadku Południa, dowodem na to, że tacy ludzie nie przetrwają.

Rhett Butler z kolei jest przeciwieństwem Ashleya. Notoryczny podrywacz, handlarz, przemytnik, swoim zachowaniem uwielbia szokować opinię publiczną i im bardziej jest ona zgorszona, tym bardziej Rhett zdaje się być zadowolony. Wyrachowany, pewny siebie i diabelnie inteligenty, posługujący się ironią i atakujący nią każdego, kto stanie na jego drodze. Jednocześnie dżentelmen, który potrafi oczarować wiele dam, w głębi duszy namiętny i zdolny do wielkich uczuć, o których niestety nie ma zwyczaju ani ochoty mówić. Wydawałoby się, że Rhett jest człowiekiem nieustraszonym, jednak okazuje się, że to uczucie do Scarlett jest jego główną obawą. Nie potrafi długo wyznać prawdy, w obawie przed manipulacją, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że Scarlett szybko nauczyłaby się wykorzystywać jego uczucie. Ciągle stojący w cieniu Ashleya, nie potrafi pogodzić się z faktem, że miłość jego życia nie jest mu oddana i prawdopodobnie nigdy nie będzie; upokorzony i zgnębiony popada w coraz większy cynizm. Rhett to postać mądra, surowa, silna. Jego główną cechą zdaje się być szczerość. Szczerość, która była w tamtych czasach mało popularna, jeśli nie traktowana jako coś negatywnego. Mimo to Rhett był szczery do bólu i tę cechę cenił najbardziej w innych. Na pierwszym planie stawiał dobro bliskich, potrafił dla nich zrobić wszystko: zrezygnować z majątku, ze swoją złą reputacją, przestał nawet zionąć niechęcią do starych matron Konfederacji, po to tylko aby zapewnić dobrą przyszłość swojej ukochanej córeczce, Bonnie. Jedynie on zauważa i docenia Melanię, widzi to, jak wielką damą i dobrym człowiekiem jest. Butler walczył o przetrwanie swojej rodziny bardzo długo, nie poddał się, ale przegrał. I to właśnie jest tragiczne w tej postaci, bo wydaje mi się, że najciężej patrzeć na to jak tak silna osoba doznaje porażki i traci to, co kocha. Kiedy do Scarlett w końcu dociera fakt, że kocha Rhetta, nie Ashleya – jest już za późno, Rhett bowiem jest cieniem samego siebie, wrakiem, który nie chce dłużej tkwić dłużej w miejscu. Stracił zainteresowanie swoim bogactwem, kontaktami z innymi ludźmi, interesami, polityką, żoną. Słynne słowa, które wypowiada do Scarlett, gdy ta pyta co się z nią teraz stanie („Kochanie, nic mnie to nie obchodzi.”) są nie tylko odpowiedzią na jej pytanie, ale odnoszą się do całego życia Rhetta. Od teraz bohater chce odnaleźć spokój, aby znów móc stanąć na nogi.

Wielkim atutem książki jest też wątek wojny, dokładnie opisany. Powodem wojny jest wybór na prezydenta Lincolna. Południe nie ma zamiaru podporządkować się Północy, wybiera na prezydenta Jeffersona Davis’a, następnie atakuje Unię. Wojna rozpętuje się na dobre. Północ ma znaczną przewagę, widoczną od razu, jednak wszyscy Konfederaci są przekonani, że to Południe wygra wojnę. Dumni, zaślepieni pychą, nie widzą, że ich szanse są nikłe, zaciągają się do wojska, wciąż mówią tylko o Sprawie. Zdawać by się mogło, że wśród bohaterów tylko dwoje ludzi zna prawdę, Ashley i Rhett. Mimo to każdy z nich postępuje inaczej: Ashley wie, jak małe szanse ma Konfederacja, mimo to od razu zaciąga się do wojska, by ciężko walczyć za Sprawę; Rhett – uważa to za głupotę, zbija fortunę na handlu podczas wojny, śmiejąc się w twarz swoim sąsiadom, jednak w ostatnim roku walk również decyduje się iść na front.

Wojna zmienia zupełnie wszystko. Bogaci plantatorzy nagle tracą majątki, domy, niewolników. Kobiety są pozostawione same w domu, z dziećmi, gdy tymczasem mężczyźni walczą bądź dochodzą do siebie w szpitalach. Atlanta zostaje prawie zmieciona z powierzchni ziemi, po wojnie jednak znów szybko się odbudowuje. Dumni Południowcy są zmuszeni poddać się przed Jankesami i starają się wieść w miarę normalne życie, tęsknie wspominając dawne czasy. Z dużym szokiem spotyka się też decyzja o nadaniu niewolnikom wolności, czego czasem i sami zainteresowani wcale nie chcą przyjąć. Nagle okazuje się, że już nie są własnością swoich panów, że są wolni i mogą zrobić co tylko chcą, ale wydaje się, że nie bardzo wiedzą co. Północ „uwolniła” niewolników, po czym umyła ręce, pozostawiając ich samych sobie. Zdawać by się mogło, że dotychczas znany wszystkim świat stanął nagle na głowie.

Południe i jego zwyczaje, stara cywilizacja przeminęła z wiatrem.

Naprawdę polecam tę książkę serdecznie wszystkim. Przesłodzona historia? Kiepskie romansidło? Zdecydowanie nie, jest to książka idealna i dla ludzi, którzy cenią sobie książki przygodowe, i dla ludzi, którzy cenią sobie książki historyczne, a także dla tych, którzy lubią subtelne historie romantyczne. Bo właśnie taka jest ta książka – z jednej strony subtelna i delikatna, a z drugiej prawdziwa, rzeczywista. Myślę, że każdego prędzej czy później wciągną losy Scarlett, Rhetta, Meli i Ashleya i że każdy pokocha te wszystkie postaci tak bardzo, jak ja.

W końcu… jutro jest przecież nowy dzień

Tytuł: „Wszystko dla pań”

Autor: Emil Zola

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Liczba stron: 426

Ocena: 10/10

„W handlu człowiek musi kłamać i oszukiwać, ale nazywa się to inaczej. I to jest właśnie ważne.”

John Steinbeck

 Mówi się, że nie tylko pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, że z książką można się również zaprzyjaźnić, można ją pokochać i przywiązać się bardziej, niż do niejednej osoby. A im starsza książka, bardziej zniszczona,  bardziej wysłużona, tym bardziej sentymentalną wartość ma. Rozglądając się po swojej kolekcji znajduję tę najbardziej zniszczoną, która służyła mi całymi latami. Pozbawiona okładki, z luźnymi, wypadającymi kartkami, stanowi dla mnie największy skarb. Mogę śmiało stwierdzić, że „Wszystko dla pań” jest tą książką, do której chętnie wracam i która mimo swoich braków, stanowi dla mnie symbol największej wartości.

Długo nie miałam pojęcia, kim właściwie jest Emil Zola, dopóki w domowej starej biblioteczce nie odkryłam tajemniczej książki bez okładki. Dopiero po latach zainteresowałam się tym francuskim pisarzem, głównie z powodu jego cyklu Rougon-Macquartowie, który miał być rozległym opisem francuskiego społeczeństwa i przemian, które w nim zachodziły na przestrzeni lat. W skład cyklu wchodziło dwadzieścia powieści, poświęconych takim tematom jak przebudowa Paryża, sądownictwo czy handel i problem przemian w nim zachodzących, o czym mówi właśnie „Wszystko dla pań”.

Główną bohaterką powieści jest Denise Baudu – młoda, niedoświadczona i naiwna dziewczyna. Denise po stracie rodziców musi zaopiekować się dwoma młodszymi braćmi, dlatego też – chcąc zapewnić im dobre wykształcenie, dach nad głową i jako taką przyszłość – wyrusza z prowincji do centrum Paryża i pewnego dnia staje przed drzwiami swojego stryja, który jest właścicielem małego sklepiku z galanterią.

Oktaw Mouret to pełen fantazji, siły i energii młody przedsiębiorca, który dzięki swojej pomysłowości szybko rozbudowuje wielobranżowy sklep „Wszystko dla pań”, niszcząc powoli konkurencję. Mouret nie tylko powiększa sklep i wspiera go finansowo, ale również śmiało wdraża w życie swoje plany, nie bojąc się wyjść na przód oczekiwaniom konsumentów. Mężczyzna czerpie z życia przyjemności, nie stroni również od kobiet, choć traktuje je przedmiotowo – według niego dostarczają one zysków dla magazynu oraz umilają samotne wieczory.

Losy obojga bohaterów splatają się jednak w momencie, gdy Denise dostaje pracę w magazynie „Wszystko dla pań” jako ekspedientka. Początkowo dziewczyna nie potrafi przyzwyczaić się do nowej sytuacji – 13 godzin ciężkiej pracy dziennie, kiepskie warunki zakwaterowania oraz jeszcze gorsze wyżywienie i konflikty wśród innych pracowników sprawiają, że Denise czuje się zagubiona i słaba. Niedługo jednak odkrywa, że aby przetrwać w wielkim domu handlowym, musi być pewna siebie, odważna i twarda. W dodatku właściciel magazynu, Mouret, coraz częściej zdaje się zauważać drobną Denise, a i on nie jest jej obojętny choć pozorny chłód dziewczyny doprowadza go do rozpaczy i wewnętrznych rozterek.

Książka jest dla mnie wyjątkowa z dwóch powodów. Pierwszym z nich są bohaterowie. Nie ma w ich zachowaniu przesadzonego romantyzmu, wszystkie postaci są prawdziwe. Mamy delikatną Denise, dziewczynę z prowincji, która tak naprawdę długo nie ma pojęcia jakimi prawami rządzi się machina handlu i wielkie domy mody. Mamy Moureta, wizjonera, który dzięki swoim, bardzo śmiałym jak na tamte czasy, pomysłom buduje potężny dom handlowy, który dumnie pręży się w paryskim słońcu, pozostawiając w cieniu mniejszych prywatnych kupców i ich sklepiki. Mamy stryja głównej bohaterki i jego najbliższych, rozpaczliwie próbujących podtrzymać rodzinny interes, jednocześnie pałających nienawiścią do Moureta i wszystkich jego pokroju. Mamy też szereg innych, mniej lub bardziej, istotnych postaci, które zapadają nam w pamięć. A wszyscy ci bohaterowie są ze sobą nieświadomie połączeni tym, czego jednocześnie nienawidzą i kochają – handlem.

Drugim powodem wyjątkowości tej książki jest fakt, że cała historia miłosna jest jakby tylko tłem dla czegoś większego. Jesteśmy bowiem świadkami narodzin czegoś potężnego – narodzin nowego handlu, który rozwija się niesamowicie szybko i tratuje na swojej drodze wszystkich tych, którzy nie potrafią się dostosować do jego tępa. Oto na naszych oczach powstaje coś nowego. Drobne sklepiki, przedsiębiorcy i sprzedawcy poddają się pod naporem wielkich, szybko powstających i spełniających wszelkie zachcianki klientów domów handlowych. Klientka nie musi już zaopatrywać się w suknię w jednym sklepie, w buty w drugim, a w kapelusz w trzecim. Od teraz ma to i jeszcze więcej tuż pod swoim nosem, w jednym miejscu. W miejscu tętniącym życiem i rządzącym się własnymi prawami – w olbrzymim domu handlowym. Na naszych oczach powoli dochodzi do upadku małych, drobnych sklepików i przedsiębiorstw, które natychmiast są zastąpione oromnymi, pełnymi przepychu galeriami. Widzimy jak desperacko prywatni kupcy próbują ratować swój dobytek, interes, który nie rzadko jest całym ich życiem. Z jednej strony – tak jak Denise – patrzymy ze współczuciem na ich upadek, z drugiej zaś widzimy wyższość domów handlowych, widzimy, że nie warto oglądać się za siebie. Życie i rozwój polega na ciągłym dążeniu do celu, na podążaniu do przodu, przed siebie. Tak też jest również z handlem.

Poza tymi walorami, książka może zjednać sobie czytelników również spokojną akcją, która mimo że powoli posuwa się na przód, to nie nudzi i nie zniechęca do czytania, nie ma zbędnych, przydługich i nudnawych opisów . Język użyty przez autora jest jak najbardziej przyjazny i nie przesadzony, treść bardzo łatwo się przyswaja, a historia wydaje się być spójna. Bardzo pozytywne odczucia wywołało u mnie połączenie dwóch, bardzo ważnych, wątków – miłość między Denise i Mouretem oraz rozwój i wielki sukces nowej polityki handlu.

Uważam, że książka jest wyjątkowa. Być może nie jest historią o modnych teraz wampirach czy innych tego typu bytach, może nie jest też napisaną z rozmachem powieścią o wielkiej, mniej lub bardziej, szczęśliwej miłości, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę. Jest w niej bowiem coś takiego, co wciąga niesamowicie, a najlepszym tego przykładem jest moja osoba, gdyż z ręką na sercu wyznaję, że wcale nie jestem fanką tego typu literatury. Mimo to pokochałam tę opowieść i zawsze będę wdzięczna autorowi, za to, że pozwolił mi spojrzeć na rozwijający się dynamicznie Paryż, na szybko powstające wielkie galerie, na problemy małych sklepikarzy – problemy, o których istnieniu być może wiedziałam, ale nigdy się nimi nie interesowałam, nie przejmowałam.

Naprawdę szczerze polecam tę książkę nie tylko fanom tego typu powieści, ale wszystkim tym, którzy szukają jednocześnie subtelnej historii o miłości i historii o wielkich zmianach zachodzących w społeczności oraz sposobie postrzegania przez nią wielu spraw.

Tytuł: „Karuzela uczuć”

Autor: Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński Media

Liczba stron: 512

Ocena: 10/10

Myślę, że Jodi Picoult jest pisarką znaną szerszemu gronu czytelników dzięki takim powieściom jak „Bez mojej zgody”, „W imię miłości” czy właśnie tytułowej „Karuzeli uczuć”. Autorka potrafi stworzyć oryginalny klimat, który natychmiast pochłania i wciąga czytelnika, a przy tym udaje się jej ominąć kicz i sztuczność. Zapewne każdy, kto zetknął się z tą autorką wcześniej, zauważyła, że znakiem rozpoznawczym Jodi Picoult jest poruszanie tematów ważnych, ciężkich, czasem postrzeganych jako tabu. Jednak jej wrodzony wdzięk w pisaniu i szczerość przedstawia wszystkie problemy w taki sposób, że czytelnik od razu „kupuje” te historie.

Osobiście jestem wielką fanką pani Picoult. Z jednej strony właśnie za to, że choć jej historie mogłyby być banalne, to – dzięki Bogu – nie są; tworzy ona akcję w tak magiczny sposób, że jej książki nie są w stanie znudzić czy rozczarować.

Tak też było i w przypadku „Karuzeli uczuć”, którą miałam okazję przeczytać jakiś czas temu. Właściwie słowo „przeczytać” jest tu przesadzone, ponieważ książkę połknęłam w jeden wieczór.

Powieść opowiada historię dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą rodzin – Gold’ów  i Harte’ów oraz ich dzieci – Emily i Christophera.

Em i Chris znają się od zawsze, od kiedy malutka Emily miała za sobą zaledwie parę minut życia. Od dziecka są nierozłączni, dzielą ze sobą wszelkie troski, pierwsze guzy, pierwsze kary oraz – ku uciesze rodziców – pierwszą miłość. Dzielą też ze sobą, zdawałoby się, wszystkie tajemnice.

No właśnie, zdawałoby się.

Wiele rzeczy zdaje się w tej książce na pierwszy rzut oka. Zdaje nam się, że mamy przed sobą dwie szczęśliwe rodziny, dwójkę szczęśliwych, pozbawionych problemów nastolatków i ich idealny świat.

Jednak wszystko to, wszystkie złudzenia zostają rozwiane w jednej, przerażającej chwili, w którą obie rodziny długo nie mogą uwierzyć. Jeden telefon ze szpitala, jeden strzał z pistoletu wywraca ich poukładany na pozór świat do góry nogami. Emily – samobójstwo, Chris – morderstwo. Emily nie żyje, Chris jest w szpitalu, ranny. Co tak naprawdę stało się tego wieczoru i czy to możliwe aby rodzice wiedzieli tak mało o swoich dzieciach? Dlaczego natolatka popełnia samobójstwo, dlaczego nastolatek zostaje oskarżony o morderstwo?

Od tego momentu obie rodziny zostają wciągnięte w coś z czego istnienia nie zdawali sobie sprawy i czego jeszcze długo nie zrozumieją – w trudny świat swoich dzieci, w ich problemy, decyzje i błędy.

Dzięki wyjątkowej narracji, czytelnik poznaje historię z różnych perspektyw, od różnych postaci, ale również z dwóch punktów czasowych. Poznajemy historię Em i Chrisa, tego, jak bardzo ich relacje były bliskie, jak para nastolatków nie potrafiła bez siebie istnieć, jak ich rodziny dorpowadziły dwójkę młodych ludzi, chcąc nie chcąc, do zagubienia własnej osobowości i poniekąd poczucia wartości. Wraz z autorką analizujemy charaktery Chrisa i Emily, wchodzimy w ich środowisko domowe i szkolne, powoli wsiąkamy w ich relacje. I z biegiem czasu jesteśmy nie tylko zaskoczeni, poruszeni ale również niejako zszokowani.

Mimo tego, że dwójka młodych ludzi stanowi główny wątek powieści, poznajemy również dobrze ich rodziny, dwa różne modele wychowania, dwa sposoby na uporanie się z tragedią, poznajemy dwa spojrzenia na sprawę matek, które cierpią po stracie dzieci. Bo nie tylko matka Emily straciła dziecko, matka Chrisa również niejako straciła Emily…

Wielką zaletą książki jest nie tylko jej wielowątkowość, rozbudowane postaci czy przeprowadzony z rozmachem proces, ale również podział akcji na dwa strumienie czasowe – teraźniejszość i przeszłość. Dzięki stopniowemu odkrywaniu kart przez autorkę, strumienie te coraz bardziej się do siebie zbliżają, do momentu w którym czytelnik w końcu potrafi rozwiązać zagadkę śmierci nastolatki.

Dzięki spójności akcji i wątków, łatwemu  ale nie prostackiemu językowi oraz mistrzowsko poprowadzonej historii, od razu wpadamy w świat „Karuzeli uczuć” i nie chcemy go opuszczać, dopóki nie dowiemy się co tak naprawdę się wydarzyło.

Osobiście muszę napisać, że w czasie czytania powieści nie potrafiłam zupełnie się od niej oderwać. Z miejsca pokochałam Chrisa, choć  nie miałam pewności czy nie jest tym „czarnym charakterem”, natomiast miałam mieszane uczucia co do Emily i choć uważam że to skomplikowana postać i trochę tragiczna, to nie potrafię wyzbyć się żalu spowodowanego jej postępowaniem. Z drugiej jednak strony jej całe życie, wszystkie problemy z którymi się zmagała, zmuszają do spojrzenia na tę postać z innej perspektywy.

Nie mogę też nie wspomnieć o rodzicach. Melanie Gold jest postacią cierpiącą po stracie dziecka i żądną zemsty, nie potrafiącą przebaczyć i pogodzić się z faktami. Zaś Augusta Harte to matka cierpiąca podwójnie, nie tylko z powodu swojego syna, ale również z powodu straty Emily. Obie rodziny cierpią, jak się okazuje, podwójnie. Nie tylko z powodu straty dzieci, ale również swojej drogocennej przyjaźni, którą pielęgnowali latami.

Wydaje mi się, że książka podbiła moje serce nie tylko dzięki skomplikowanej historii, świetnym postaciom czy oryginalnemu pomysłowi, ale przede wszystkim dzięki pokazaniu ile drugi człowiek może dla nas znaczyć, ile znaczy przyjaźń w dzisiejszych – nie okłamujmy się – trudnych i dziwnych czasach, jak ważne jest zaufanie, wspracie i zrozumienie rodziny.

Jodi Picoult porusza bardzo ważną kwestię – czym jest miłość, jak daleko sięga i czy ma jakieś granice? Jak wiele możemy i powinniśmy zrobić dla drugiej osoby? Czy stawianie potrzeb ukochanej bądź ukochanego ponad swoje zawsze jest prawidłowe i konieczne? Czy miłość może z czystego, niewinnego uczucia przerodzić się w coś mrocznego i niezdrowego? Wydaje mi się, że na te pytanie powinniśmy sobie sami odpowiedzieć, indywidualnie. A lektura tej książki z pewnością nam w tym pomoże i być może zmieni trochę nasz sposób postrzegania uczuć. Zarówno swoich, jak i tej drugiej osoby.

Naprawdę polecam tę pozycję wszystkim tym, którzy poszukują oryginalnych, niepowtarzalnych historii, wciągającej akcji; wszystkim którzy są spragnieni wielkich emocji i którzy oczekują, że te emocje pozostaną z nimi również po zakończeniu lektury.

 

 


Jest to mój pierwszy wpis na tym blogu, który postanowiłam w pełni (choć może się to w przyszłości zmienić) poświęcić literaturze. Nie jestem studentką polonistyki czy też nauczycielką języka polskiego, dlatego też, jak każdy, popełniam błędy. Dlatego też proszę o wyrozumiałość. Chciałabym też podkreślić, że bardzo dawno niczego nie pisałam, dlatego mój styl mógł lekko „zardzewieć” ale myślę, że z biegiem czasu znów wszystko wróci do normy 🙂 W każdym bądź razie serdecznie zapraszam do czytania i odwiedzania mojego bloga.

PS: Jestem zainteresowana współpracą z wydawnictwami, jak i osobami prywatnymi, które chcą rozpowszechnić swoje opowiadania bądź książki.