Posts Tagged ‘literatura współczesna’

Tytuł: „Szeptem”

Autor: Becca Fitzpatrick

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 325

Ocena: 3/10

„– Vee, zechcesz towarzyszyć mi do toalety?
– Nie możesz iść sama?
– Planowałam iść sama, ale byłoby cudownie, gdybyś poszła ze mną.
– Dziewczyny, skąd wam się to wzięło? – odezwał się Elliot, obdzielając nas uśmiechem. – Słowo daję, jeszcze nie spotkałem takiej, która by mogła iść do toalety sama. – Pochylił się do nas i szepnął konspiracyjnie: – Możecie mi to zdradzić? Dam wam po pięć dolców, serio. – Sięgnął do tylnej kieszeni. – A jak mnie tam wpuścicie i załapię, o co biega, dam nawet po dysze.” [Elliot]

Jako że ostatnio rekordy popularności biją książki z gatunku paranormal romance, to też większość autorów współczesnych kieruje się tym wyznacznikiem, tworząc historie poświęcone związkom normalnych ludzi z wampirami, wilkołakami, duchami, zombie oraz wszystkim tym, co nosi znamiona  nienormalności i para-psychiczności. Oczywiście przyszła też kolej na anioły, a żeby było bardziej dramatycznie – upadłe anioły.

Historia zaczyna się znajomo. Poznajemy szesnastoletnią Norę – przeciętną dziewczynę z rozczochranymi włosami i postępującą anemią, mieszkającą w małej miejscowości, również do bólu normalnej. Nora wraz z najlepszą przyjaciółką uczy się w liceum, gdzie, na lekcji biologii, poznaje tajemniczego i przystojnego Patch’a, który wyraźnie jest nią zainteresowany. Wkrótce po poznaniu chłopaka, Norę zaczynają spotykać dziwne, trudne do pojęcia i jeszcze trudniejsze do wyjaśnienia rzeczy. I choć nastolatka nie ma pojęcia dlaczego wszystko to przydarza się właśnie jej, jest niemal pewna, że z Patchem coś jest nie tak i że ma on coś wspólnego z całym tym zamieszaniem.

Cóż, jak wiele osób się pewnie domyśla, sięgnęłam po tę książkę głównie ze względu na bardzo pozytywne opinie, które zebrała na wielu blogach oraz portalach internetowych. Niestety książeczka nie do końca trafiła w moje gusta. Prawdę mówiąc rozminęłyśmy się o całe lata świetlne. Być może spowodowane to jest faktem, że naście lat skończyłam już dawno temu i być może wyrosłam już z książek tego typu, a być może nawał książek o takiej tematyce zupełnie mnie zniechęcił.

Główna bohaterka, Nora, okazała się anemiczną, połykającą żelazo w zatrważających ilościach niezdecydowaną nastolatką. Raz bowiem twierdzi, że uwielbia ryzyko i tajemnice, by zaraz oznajmić, że ona nie będzie brała udziału np. w śledzeniu kogoś. Spontaniczność tej osoby widocznie popełniła harakiri i aby upewnić się, że nigdy nie zmartwychwstanie, skoczyła dodatkowo z dziesiątego piętra wprost pod nadjeżdżający pociąg. Do tego dochodzi jeszcze uderzające podobieństwo do bohaterki popularnej sagi „Zmierzch” czy też „Dary anioła” oraz niesamowita wręcz ignorancja ze strony nastolatki. Tak z grubsza opisałabym Norę.

Kiedy w końcu dobrnęłam do momentu, gdzie kwestia Patcha jest dłuższa niż dwa zdania, byłam pełna nadziei, że okaże się on rzeczywiście kimś tajemniczym, a jednocześnie odpychającym i przyciągającym. O, jak się bardzo pomyliłam! Co prawda postać Patcha nie wywoływała już skrętów żołądka, ale nie znaczy to wcale, że był godny poświęcenia uwagi. Właściwie to, nie licząc paru kwestii, Patch pojawiał się w książce sporadycznie, po to tylko aby obronić Norę przed niebezpieczeństwem albo aby ponaigrywać się z jej wyglądu. Muszę też przyznać, że zupełnie nie rozumiem (najwyraźniej nie załapałam tego momentu) w jaki sposób Patch i Nora się w sobie zakochali. Na resztę postaci szkoda mi czasu oraz miejsca, choć gdy zastanowiłam się dłużej, to doszłam do wniosku, że jedyną, naprawdę fajną postacią była przyjaciółka głównej bohaterki, Vee Sky.

Cała książka dziwnym trafem przypominała mi „Zmierzch” (choć to już może moja paranoja) i nie mogłam się powstrzymać przed porównywaniem obu historii. Nie dość, że Nora, tak jak Bella, była bardzo przeciętną dziewczyną uczęszczająca do szkoły średniej, to w dodatku swego paranormalnego ukochanego również poznała na lekcji biologii! Czy Amerykanie naprawdę przykładają do tego przedmiotu aż tak ogromną wagę, czy może jest to jakiś umowny znak, z którego istnienia zwykli śmiertelnicy nie zdają sobie sprawy? Być może biologia i zjawiska paranormalne wręcz się przyciągają? Oczywiście – jak na szanującą się książkę dla młodzieży – nie może zabraknąć wątków przyspieszających bicie serca. Oto Patch, na wzór Edwarda, ratuje dzięki nadprzyrodzonym zdolnościom bezbronną Norę przed śmiercią.

Ciekawe wydało mi się również przedstawienie postaci. Nora bowiem wpasowała się w kategorię „szarej myszki, rozchwytywanej przez wszystkich przystojniaków w okolicy”, jej przyjaciółka Vee Sky  dostała kategorię „naiwnej i mało inteligentnej ale zabawnej” i dziwnym trafem przypominała serialową Monę z „Pretty Little Liars”. Patch natomiast to  kategoria „próbuję być tajemniczy”, a Marcia, najgorszy wróg dziewcząt to „zło wcielone”. Najbardziej rozśmieszyło mnie podejście właśnie do postaci negatywnych, które zostały przedstawione wręcz karykaturalnie jako płytkie, tępe, nijakie; ich próby przebiegłości wywoływały jedynie uśmiech politowania.

Sama fabuła też nie wzbudziła zachwytu. Ot, mamy nastolatkę, która próbuje żyć normalnie po śmierci ojca. Codziennie uczęszcza do lokalnego liceum wraz z przyjaciółką, aż tu nagle spotyka Patcha, którego raz postanawia unikaj, raz pcha mu się w ramiona. Oczywiście zaraz okazuje się, że Nora jest potomkinią anioła, a Patch teoretycznie jest jej śmiertelnym wrogiem. W dodatku irytowały mnie niesamowicie niedociągnięcia. W pewnym momencie jest mowa o tym, że Nora nie może zbyt późno wracać do domu. W następnym dziewczyna znika na prawie całą noc, jest świadkiem morderstwa staruszki, następnie ląduje w motelu z prawie obcym chłopakiem, a co na to jej opiekuńcza matka? Chyba zapomniała, że ma córkę. Albo historia końcowa, gdy Nora odkrywa ciało w szkole. Gdybym ja znalazła ciało kogoś znajomego, to najprawdopodobniej dostałabym zawału na miejscu. Nora natomiast jakby ledwie zdobyła się na łzy. Cóż, jak to określiła Vee Sky – powoli zmierzamy do krainy To-Całkiem-Bez-Sensu.

Początkowo wydawało mi się, że książka jest po prostu zwykłą, lekką opowiastką dla nastolatek. Z czasem jednak przekonałam się, że historia jest nie tyle co nudna, ale nijaka i mimo tego, że została napisana łatwym i przystępnym językiem, to musiałam zmusić się do jej dokończenia. W dodatku odniosłam wrażenie, że od początku do mniej więcej połowy opowieści, autorka wyraźnie nie miała pomysłu zarówno na akcję, jak i na dialogi między bohaterami. Pod koniec nareszcie udało się jej utworzyć coś na kształt dynamiki, a zdarzenia posypały się jedno po drugim.

Naprawdę rzadko zdarza się, że zniechęcę się do książki tak bardzo, ponieważ jestem raczej tolerancyjna jeśli chodzi o twórczość pisarską i przebrnę niemal przez wszystkie twory literatury, ale ta książka była dla mnie nie do pokonania. Nie rozumiem zupełnie idei tworzenia czegoś na wzór innych popularnych książek, tylko po to aby wstrzeliło się to w aktualnie popularny kanon lub temat. Szczerzę nie cierpię książek bazujących na popularności innych książek. Ani to oryginalne, ani ciekawe.  Za to mogę przyznać, że zdecydowanie jest to najsłabsza książka jaką miałam okazję czytać do tej pory (aż strach pomyśleć ile jeszcze części tej książki powstanie). Dlatego też, z ręką na sercu, polecam tę książkę tylko i wyłącznie miłośnikom gatunku, ewentualnie fanom sagi „Zmierzch”, choć nie jestem pewna czy i ci docenią opowieść pani Fitzpatrick.

Reklamy

Tytuł: „Pretty Little Liars. Kłamczuchy”

Autor: Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 280

Ocena: 8/10

„Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego, że wierzy w nie więcej osób.”

Oscar Wilde

Chyba każdy z nas ma jakieś sekrety i tajemnice. A wiadomo, że w raz z sekretami w parze idą kłamstwa. Kto z nas bowiem nie kłamał, czy to w dobrej wierze, czy też nie? I choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy, to te kłamstewka i tajemnice mogą w pewnym momencie zacząć żyć własnym życiem i przysporzyć nam tym samym naprawdę wielu kłopotów.

Wydaje mi się, że tego samego zdania była też Sara Shepard tworząc serię książek, zatytułowanych „Pretty Little Liars”. Co ciekawe, dodam, że seria powstała na podstawie wspomnień samej autorki, kiedy ta był nastolatką.

O samej autorce wspomnę naprawdę krótko. Jak każda młoda dziewczyna chciała być gwiazdą, kimś sławnym; z czasem jednak jej zainteresowania się zmieniły i postanowiła zostać projektantką klocków Lego. Jak wiemy, z dziecięcych marzeń mało zostaje, i tak też było w przypadku pani Shepard, która jednak postawiła na pisarstwo. I wydaje mi się, że to było lepsze posunięcie niż zostanie projektantem klocków. Nawet dla tak zacnej firmy jak Lego.

Historia jest jednocześnie dosyć zwykła, ale zarazem skomplikowana. Oto poznajemy cztery dziewczyny w wieku około szesnastu lat – Spencer, Hannah, Aria i Emily. Każda z nich jest zupełnie inna, ma inne problemy, żyje w innym świecie, a jednak przed laty były najlepszymi przyjaciółkami. Spoiwem była Alison. Szkolna gwiazda, przebojowa i zabawna, marzenie każdego chłopaka, a zarazem wróg każdej zazdrosnej nastolatki; królowa całej paczki. Pewnego dnia jednak Alison znika w niewyjaśnionych okolicznościach, nie dając znaku życia. Jej przyjaciółki, choć przerażone i załamane, w końcu godzą się z losem. Parę lat później zdaje się, że nic już ich nie łączy, każda ułożyła sobie życie po swojemu, zapominając, że jeszcze jakiś czas temu tworzyły zgraną paczkę. Wszystko zmienia się drastycznie, gdy Emily, Spence, Hannah i Aria zaczynają dostawać niepokojące wiadomości, których nadawcą jest anonimowy A. Okazuje się, że ktoś zna wszystkie tajemnice, o których dziewczyny najchętniej zapomniałyby na zawsze. Jednak tajemniczy nadawca nie ma zamiaru na to pozwolić. Pytanie więc – do czego zdolne są dziewczyny, aby dowiedzieć się kim jest A. i aby go lub ją powstrzymać?

O samej fabule mogę napisać, że jest naprawdę wciągająca. Początkowo zasiadając do książki obawiałam się, że rozczaruję się nią, tak jak było przy lekturze „Ciepłych ciał”, jednak śmiało mogę stwierdzić, że akcja i cała ta pogmatwana historia wciągnęły mnie tak bardzo, że zaraz po skończeniu pierwszej części, zakupiłam sobie kolejną.

Wszystko wydaje się być naprawdę dopracowane; każdy szczegół został przemyślany, dzięki czemu czytelnik gdy już już myśli, że rozwiązał zagadkę i wie, kim jest A., nagle musi obejść się smakiem, ponieważ jego domysły zostają rozwiane, a podejrzenia padają na kolejną osobę. Równie interesująca jak zaginięcie Alison, jest historia każdej z dziewcząt i tajemnice, z którymi każda z nich się zmaga.

Co do bohaterek, to jestem jak najbardziej na tak. Postaci są wyraźne, bardzo ludzkie, brak w nich tego znienawidzonego przeze mnie rozmemłania i nijakości. Każda z dziewczyn ma swoje życie, swoje sprawy i bardzo pragnie, aby stworzony przez nie porządek przetrwał cały huragan związany z wiadomościami od tajemniczego bądź tajemniczej A. jednocześnie możemy zaobserwować jak z prawie obcych sobie ludzi, nastolatki znów stają się sobie coraz bliższe, a ich przyjaźń silniejsza, co skłania je ku przemyśleniom, że być może Alison nie była jedynym, co je ze sobą naprawdę łączyło.

Pisząc o bohaterkach muszę również wspomnieć, że przed przeczytaniem książek najpierw trafiłam na serial o tym samym tytule, który oczywiście powstał na podstawie książek. Z serialowymi bohaterkami było różnie: niektóre naprawdę przypadły mi do gustu i naprawdę je polubiłam, inne wydały mi się zbyt mdłe. Mimo to zapadły mi w pamięć tak głęboko, że później przy czytaniu książek nie mogłam odgonić od siebie obrazu ich twarzy. I tak też blond-włosa Spencer na zawsze będzie dla mnie smukłą wysoką brunetką, tak jak Aria zresztą. Muszę też wspomnieć, że nie przepadałam za serialowymi Emily i Arią, były postaciami jak dla mnie zbyt nudnymi, denerwującymi. Natomiast dzięki książce spojrzałam na nie zupełnie inaczej. Aria nie wydawała się już taka irytująca, przeciwnie! Została bardzo dokładnie opisana, ze wszystkimi dziwactwami, dzięki czemu czytelnik naprawdę czuł, że spotyka się z kimś oryginalnym, z indywiduum, a nie z drażniącą, rozpieszczoną dziewuchą. Emily natomiast w serialu była do granic mdła. Z książką jest inaczej, Emily wydała się osobą targaną sprzecznymi uczuciami, do tego trochę samotną i zirytowaną. Natomiast moją ulubioną bohaterką niepodzielnie, tak w książce jak i w serialu, jest Spencer Hastings. Uwielbiam ją pod każdym względem i wydaje mi się, że jej wątek i wątek Arii naprawdę udał się autorce i jest w stanie zaciekawić wszystkich. Spencer jest osobą bardzo inteligentną, pracowitą, zajętą, biorącą udział we wszystkich szkolnych zajęciach i konkursach. Ceni sobie szczerość i racjonalne myślenie. Do tego jest bardzo obowiązkowa, nawet jej strój świadczy o tym jak rygorystycznie podchodzi sama do siebie. Mimo to możemy zobaczyć też drugą twarz Spenz, osobę samotną, szukającą uznania w oczach najbliższych, zagubioną po stracie Alison.

Język i styl, w którym została napisana książka jest naprawdę bardzo przystępny, dzięki czemu skłania do sięgnięcia po tę lekturę nie tylko nastolatki, ale również osoby nieco starsze, które szukają oryginalnych historii z morderstwem i tajemnicami w tle. Poza tym książka jest podzielona na trzydzieści pięć rozdziałów, które zazwyczaj są poświęcone kolejno każdej bohaterce, co sprawia, że historia jest jeszcze bardziej przystępna i przyjemniej się ją zgłębia. Dużym plusem książki jest też jej oprawa graficzna. Okładka jest śliczna i mile cieszy oko; zresztą każda część serii ma przepiękne okładki, które naprawdę przyciągają spojrzenie!

Moje odczucia co do książeczki są jak najbardziej pozytywne i jak już wspomniałam – na pewno sięgnę po kolejne części. Historia bardzo mnie wciągnęła i nie wyobrażam sobie, że mogłabym porzucić bohaterki, zanim rozwiążą zagadkę zniknięcia A. i tego, kto jest autorem tych wszystkich wiadomości, które dostają regularnie. Polecam tę książeczkę nie tylko nastolatkom, ale wszystkim tym, którzy od czasu do czasu mają ochotę na łamanie sobie głowy problemami i tajemnicami, które szukają opowieści o przyjaźni, jednocześnie mając ochotę na morderstwo w tle. Ponadto fani serialu mogę być naprawdę zaskoczeni, gdyż książka przedstawia wiele zdarzeń pominiętych w serialu. Naprawdę zachęcam do sięgnięcia po tę książeczkę.

                                                                    

Kochani moi! Wiem, przepadłam na parę tygodni nie było ode mnie żadnego znaku życia, ale uwierzcie mi – miałam w pracy tak zwany gorący okres i naprawdę brakowało mi na wszystko czasu, a te parę chwil, które sobie wygospodarowałam zazwyczaj przeznaczałam na to, co tygryski lubią najbardziej, czyli na gorący kubas herbaty i kolejne tomiszcza książek (swoją drogą muszę się pochwalić, że czytam kontynuację „Przeminęło z wiatrem”, ponieważ w końcu dostałam przesyłkę). W każdym razie w końcu w pracy trochę spokojniej i mogę poświęcić się znów w pełni czytaniu, recenzowaniu i blogowaniu. Przepraszam Was serdecznie również za to, że nie odwiedzałam Waszych blogów przez ostatnie dwa tygodnie, ale obiecuję, że na dniach postaram się nadrobić zaległości, które w tym czasie powstały. Zresztą zaraz zabieram się za czytanie Waszych notek. Postaram się już nie znikać na tak długi okres i zamieszczać na blogu co najmniej jedną recenzję tygodniowo. Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję, że ktoś jeszcze pamięta o blogu Bluszczyka 🙂