Posts Tagged ‘horror’

Tytuł: „Ciepłe ciała”

Autor:  Isaac Marion

Wydawnictwo: Replika

Liczba stron: 307

Ocena: 7/10

„Zaraza. Klątwa. Tak potężna, tak wygłodniała i tak głęboko wrośnięta w nasze dusze, że nie zadowala się już czekaniem na śmierć.Teraz po prostu sięga i bierze to, czego chce.”   [„Ciepłe ciała”]

Zombie (żywy trup, umarlak) – fikcyjna nieumarła istota popularna szczególnie w horrorach. Słowo zombie pochodzi prawdopodobnie od afrykańskiego zumbi (fetysz w języku kikongo) lub od nzambi (bóg w języku kimbundu)”   [Wikipedia]

Na samym wstępie muszę wspomnieć o tym, że z tym tytułem spotykałam się na wielu blogach i na równie wielu stronach poświęconych książkom. Pozycja ta zdobyła naprawdę bardzo dużo pozytywnych opinii, więc i ja – kierowana ciekawością – zamówiłam tę książeczkę i czekałam z niecierpliwością na przesyłkę. Gdy tylko trafiła w moje ręce nie została z nich wypuszczona dopóki nie dotrwałam do końca. Tak, dotrwać to najlepsze określenie. I zaraz wyjaśnię dlaczego.

O samym autorze mogę napisać niewiele. Jak mówi obwoluta na okładce, Isaac Marion urodził się w 1981 roku, na północnym zachodzie stanu Waszyngton, gdzie mieszka po dziś dzień. Zanim stworzył „Ciepłe ciała” – które są zresztą jego debiutem – wykonywał wiele różnych zawodów, m.in. pracował z dziećmi w rodzinach zastępczych.

Historia opisana w książce jest dość oryginalna. Głównym bohaterem bowiem jest R. R nie jest człowiekiem, ponieważ jest… zombie. R. nie pamięta jak ma dokładnie na  imię, nie pamięta skąd się wziął, jak umarł. Nie posiada wspomnień, ale została mu jakaś cząstka uczuć, które stara się w sobie pielęgnować. Mieszka w raz z innymi zombie na opustoszałym lotnisku, gdzie stary samolot jest jego mieszkaniem. Żadne z zombie nie pamięta w jaki sposób stały się tym, czym są; nie wiedzą skąd się wzięły ani dlaczego są chodzącymi Martwymi. Jednak i Martwi muszą w jakiś sposób utrzymywać swoją egzystencję, a do tego potrzebni są im Żywi, na których polują w opuszczonych i zniszczonych miastach. Dla zombie zjadanie żywych to nie tylko pozbywanie się ssącego, nieprzyjemnego uczucia z żołądków, ale również wchłanianie, smakowanie ich wspomnień, życia, tego co przeżyli i kim byli. To właściwie jeden z niewielu sposobów na to, aby zombie mogły sobie przypomnieć o zwykłych rzeczach, o szczęściu, smutku lub o bardziej przyziemnych rzeczach np. o tym jak smakują truskawki albo hot-dogi, jak to jest czuć zimno czy łzy napływające do oczu. Podczas jednej z wypraw do miasta, R. zjada mózg Perry’ego, młodego i zakochanego w swojej dziewczynie, Julie, chłopaka. Gdy R. smakuje swój łup, inne zombie próbują zabić Julie, ale R. – sam zaskoczony swoją postawą – ratuje nastolatkę i zapewnia jej bezpieczeństwo, zabierając ze sobą na lotnisko. Julie w końcu zaczyna akceptować swojego wybawcę, a R. odkrywa w sobie nowe uczucia. Znajomość tej dwójki zmienia diametralnie wszystko, świat żywych, ale również świat umarłych. Pytanie tylko czy oba te światy zgadzają się na nadchodzące zmiany?

Muszę przyznać, że początkowo byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do tej lektury, ale z biegiem czasu i akcji zmieniłam trochę zdanie.

Książka wydaje się napisana językiem dość przyjaznym, nie wymagającym większego skupienia nad znaczeniem poszczególnych zdań bądź akcji. Brak też jest – jak dla mnie – zbędnych i niepotrzebnych opisów otoczenia i miasta (choć w książce niejako post-apokaliptycznej taki opis mógłby być plusem), można rzec, że opisy są wręcz powściągliwe. Stan ten zmienia się trochę po tym, jak R. spotyka Julie i muszę przyznać, że nie wpływa to dobrze na odbiór książki. W pewnym momencie wewnętrzny monolog głównego bohatera staje się wręcz męczący, ale na całe szczęście po chwili czytelnik może odpocząć trochę od skołowanych myśli zombie, dzięki przyspieszającej akcji. Tak, o samej akcji mogę powiedzieć jedno – leniwa. Ale to w żaden sposób mi nie przeszkadzało, ponieważ tempo akcji było idealnie dostosowane do zmian jakie zachodziły nie tylko w bohaterach, ale również w nowym świecie. Bardzo zaciekawił mnie również pomysł z poznawaniem myśli Perry’ego – R. bardzo często rozmawiał ze zmarłym chłopakiem w swoich myślach. Dzięki temu zabiegowi czytelnikowi wydaje się, że poznał nastolatka w miarę dobrze, mimo żę Perry ginie niemal na samym początku powieści. Co również odebrałam jako plus całej książki, to interesujące rysunki anatomiczne dłoni, głowy, stóp i innych części ciała, zapowiadające kolejny rozdział.

Co do bohaterów, to mogę śmiało stwierdzić, że początkowo spodziewałam się wielkiego romansu, rodem z sagi „Zmierzch”. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że uczucie przedstawione w książce jest delikatne, prawie nieuchwytne, a jednak bardzo ważne. Zarówno dla R. i Julie, jak i dla całego świata.

R. to oczywiście zombie, a jak wiemy z filmów i innych nośników informacji – zombie najczęściej,kiedy nie zajmują się zjadaniem ludzkim organów, kołyszą się z nogi na nogę, chodzą w kółko, zawodzą głośno i żałośnie i wodzą dookoła błędnym wzrokiem. Większość z tych czynności robią też zombie w „Ciepłych ciałach”, jednak R., kiedy nie jest pochłonięty chodzeniem w kółko, słucha Franka Sinatry czy Beatlesów, od czasu do czasu próbuje snuć filozoficzne monologi. Tak, śmiem twierdzić, że to zombie-oryginał. Bo R. to, gdzieś w głębi duszy, delikatny, czuły i pamiętający o swoim człowieczeństwie mężczyzna. Idąc tym tropem być może właśnie dlatego to on poczuwa się do zmiany tego, jaki stał się świat i jakie on sam zajmuje w nim miejsce. R. buntuje się przeciw swojej naturze, chce znów być żywy, chociaż pragnienie to dopiero zaczyna w nim powoli kiełkować.

Z drugiej strony mamy Julie. Młodą buntowniczkę, uratowaną przez zombie. Nastolatka wydaje się być jedynym żywym elementem książki, jak i świata, ukazanego czytelnikowi. Wydawać by się mogło, że tylko ona ma jeszcze nadzieję, na zwalczenie zarazy, która pozwala umarłym powstać z grobów i jako jedyna nie poddaje się i nie czeka, ukryta w miejskim schronie. Spotkanie z R. jest dla niej czymś nowym. Nauczona walczyć z zombie z całych sił, nagle odnajduje w nim przyjaciela. Wydaje mi się, że gdyby nie upór tej dwójki i wpływ Julie na R., to być może nic nigdy nie drgnęłoby w tym mrocznym świecie.

Ważnym problemem poruszonym w całej książce jest człowieczeństwo i to, do czego ono zobowiązuje. Autor nie opisuje wprost skąd wzięły się zombie i cała „zaraza”, ale możemy wyczuć, że głównym sprawcą całego nieszczęścia jest właśnie człowiek. Oto, zdaje się mówić autor, do czego doprowadzi ludzi pycha, nienawiść, kult pieniądza, zazdrość, chciwość, gniew i bezwzględność. Oto, jakie poniesiemy konsekwencje. Pisarz doskonale oddaje stan rzeczy, a jednocześnie pokazuje nam bardzo dokładnie z czym przyjdzie nam żyć, jeśli nasze postępowanie nie ulegnie zmianie lub poprawie. Z drugiej strony książka mówi o tym, aby korzystać z życia i nie czekać bezczynnie na „lepsze jutro”, które przecież wcale może nie nadejść, jeśli sami nie weźmiemy spraw w swoje ręce.

Z jednej strony książka naprawdę mi się spodobała, głównie za sprawą R. właśnie. Jak na zombie jest wielką indywidualnością, postacią oryginalną i nietuzinkową. Polubiłam jego powściągliwe wzruszanie ramionami i to, w jaki sposób przeżywał wszystkie spotkania z Julie i Perrym. Natomiast minusem, jak już wspomniałam, są niekiedy męczące monologi i leniwa, powolna akcja, która nabiera prędkości dopiero pod koniec. Poza tym wizja romansu między zombie a normalną nastolatką mimo wszystko nie przemawia do mnie specjalnie.

Nie mniej jednak poleca tę książkę wszystkim, którzy są ciekawi połączenia dwóch, odmiennych od siebie światów. Jest to książka oryginalna i mogę śmiało powiedzieć, że nie spotkałam się do tej pory z niczym podobnym. A jeśli ktoś by pytał – chętnie zrezygnuję z wszelkich wampirów i wilkołaków na rzecz jednego, wzruszającego ramionami R.

A dla fanów zombie: pozostając w temacie, przypomniałam sobie wszystkie filmy jakie dotychczas oglądałam, których głównymi bohaterami były zombie i muszę przyznać, że chyba mój obraz zombie odbiega delikatnie od tych np. w „Świcie żywych trupów”. A to taka gratka dla fanów współczesnych zombie – znacie tego pana?

Aha, chciałam też napisać, że trwają prace nad filmem opartym na „Ciepłych ciałach”, który to ukarze się już w roku 2012. Zamierzacie oglądać i porównać film z książką?

Tytuł: „Dziewczyna z sąsiedztwa”

Autor: Jack Ketchum

Wydawnictwo: Papierowy księżyc

Liczba stron: 307

Ocena: 10/10

„Wydaje ci się, że wiesz co to ból?”

(David)

Muszę przyznać, że Jack Ketchum to autor, z którego książkami spotkałam się po raz pierwszy przy czytaniu „Dziewczyny z sąsiedztwa”, większą styczność miałam raczej z filmami opartymi na jego dziełach. Jednak jestem zadowolona, że miałam okazję zetknąć się z tym pisarzem.

Sam autor zanim zaczął pisać, imał się wszelkich zawodów. Jak mówi informacja zawarta na okładce, pisarz zajmował się swego czasu aktorstwem, był też piosenkarzem, nauczycielem i sprzedawcą. Jednak to pisanie właśnie przyniosło mu największą sławę, a spośród jego powieści aż cztery doczekały się przeniesienia na taśmę filmową. Wydaje mi się, że twórczość pisarską Jacka Ketchuma idealnie podsumował Stephen King – „Kto jest najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Prawdopodobnie Jack Ketchum”. Po lekturze „Dziewczyny z sąsiedztwa” jestem skłonna mu uwierzyć.

Historia mogłaby się wydawać banalna, gdyby nie udział dzieci. Oto mamy jedną z dzielnic wielkiego miasta, na której to wszyscy sąsiedzi doskonale się znają. Ich dzieci bawią się ze sobą codziennie, wszyscy znają się prawie od zawsze, nikt nie fatyguje się zamykaniem drzwi na klucz w obawie przed włamaniem. Ponieważ jest to jedna ze spokojniejszych ulic, poza tym któż mógłby chcieć okraść sąsiada?

Mamy też głównego bohatera, Davida. David jest zwyczajnych chłopcem wychowujących się w latach 50. XX wieku. Jak przystało na dwunastolatka interesują go gry, wesołe miasteczka, dziewczyny; pociąga to co zakazane – papierosy, piwo i Playboy. David zna okolicę na pamięć, a z dzieciakami mieszkańców wychowywał się od dziecka. Wydaje się, że jego świat jest taki sam jak świat każdego z dzieciaków mieszkających po sąsiedzku. Jednak wszystko zmienia się diametralnie w momencie, gdy do domu jego najlepszego przyjaciela wprowadzają się dwie siostry, Meg i niepełnosprawna Susan. Dziewczyny straciły rodziców w wypadku samochodowym i trafiły pod opiekę jedynych krewnych, Ruth Chandler i nastoletnich jej synów – Woofera, Williego i Donny’ego. Od tego momentu życie dziewczynek zmienia się w prawdziwy koszmar, ale najgorsze, najbardziej szokujące zdarzenia mają dopiero nadejść. A najgorsze będziemy widzieli właśnie oczami Davida…

Wszystkie opinie na temat książki, z którymi się dotychczas spotkałam, krzyczą: przerażająca, straszna! A mnie nie pozostaje nic innego jak się z tym zdaniem zgodzić. Śmiało mogę powiedzieć, że w życiu nie czytałam niczego tak przerażającego. Mimo że książeczka wygląda niepozornie i cała akcja mieści się jedynie na 300 stronach, to historia poraża. Jesteśmy bowiem świadkami czegoś okrutnego, tego jak zwykli ludzie potrafią przerodzić się w bestie bez uczuć. To tak jakby oglądać przepoczwarzanie się motyla znów w larwę, w obrzydliwą, ohydną, odpychającą larwę, którą z pewnością jest Ruth, opiekunka dziewczynek.

Normalna rodzina nagle staje się katem dla dwóch dziewczynek, których winą jest jedynie fakt, że są kobietami. Że są młode, piękne, pełne życia. To wystarczy, żeby rozjuszyć Ruth i wywołać w niej nienawiść do przybyszów, co gorsza zaraża ona tym uczuciem własne dzieci i dzieciaki sąsiadów. Wszyscy zamieniają życie niewinnych, bezbronnych dziewczynek w piekło, czerpiąc z tego chorą radość i przyjemność. Przerażające i zwalające z nóg jest to, że mnóstwo osób wie o cierpieniu Meg i jej siostry, wiele osób wie co dzieje się za murami domu, w ciemnej i śmierdzącej piwnicy, a mimo to zupełnie nikt nie reaguje, nikt nie próbuje pomóc nastolatkom. Jednak jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że wszystkich obrzydliwych czynów dopuściły się  nastoletnie dzieciaki pod wodzą Ruth.

Myślę, że warto przybliżyć tu sylwetki głównych bohaterów, ponieważ od momentu przeczytania książki, nie mogę przestać zadawać sobie pytania: jak mogło dojść do tego wszystkiego? Wydaje mi się, że odpowiedź tkwi w postaci Ruth. Na początku mamy wrażenie, że Ruth jest swego rodzaju wyrocznią dla dzieciaków z sąsiedztwa, że im imponuje. Pali, przeklina, częstuje dzieci piwem, rzucając przy tym porozumiewawcze hasło „To zostaje między nami!”, imponuje również Davidowi, który mnóstwo czasu spędza w jej domu. Wyraźnie widzimy, że ma ona wielki wpływ na ludzi. Jednak coś zmienia się w Ruth po zetknięciu z dziewczynkami. Staje się wobec nich agresywna, nienawistna, wulgarna, pozostając przy tym nadal dawną Ruth dla „swoich” dzieciaków. To ona daje przyzwolenie na torturowanie dziewczynek, ona zachęca dzieci do wyrządzenia krzywdy nastolatkom. Sprawia jej to wyraźną przyjemność, w dodatku kieruje nią chora myśl, że dziewczęta są skalane, brudne, że myślą wyłącznie o seksie, że powinna je za to karać, aby wyrosły na porządne osoby. Wydaje się jej, że wyświadcza tym przysługę dziewczynką, w rzeczywistości jednak sprawia im ból, cierpienie. Ruth z biegiem akcji zmienia się coraz wyraźniej – zaczyna nią kierować prawdziwa złość, brutalność, agresja. Nie jest już zupełnie tą osobą, którą wszyscy znali, zmieniła się. Mimo to dzieciaki tego nie widzą i wypełniają każde jej chore życzenie, każdą wizję.

Z drugiej strony mamy Davida i Meg. David przez bardzo długi czas jest obserwatorem, bierze bierny udział we wszystkim, co spotyka siostry. Nie może zrozumieć dlaczego targają nim sprzeczne uczucia, w końcu dorosły na wszystko to dał swoją zgodę, a dorosły zawsze wie najlepiej. A oni są przecież tylko dziećmi, więc skoro dorosły na to pozwala, zachęca, to ich czyny wcale nie są takie złe. Poza tym przecież to Ruth, którą tak dobrze zna. Owszem, lubi czasem zakląć siarczyście i częstuje go piwem, ale przecież nigdy  nie chciała nikogo skrzywdzić, to tylko Ruth. Chłopak próbuje usprawiedliwić wszystko, co się dzieje wokół niego. Odcina się od tego, gdy sumienie coraz bardziej daje o sobie znać, gdy dochodzi do głosu poczucie winy i tego, że jednak dzieje się coś złego. Chłopakiem targają sprzeczne uczucia – z jednej strony  darzy Meg nieśmiałym uczuciem, lubi ją, z drugiej wmawia sobie, że Meg musiała coś zrobić Ruth, skoro ta tak się na nią „zdenerwowała”. Dopiero z biegiem czasu i z coraz to wymyślniejszymi torturami, chłopak zaczyna rozumieć, że coś jest nie tak, że tak naprawdę nie znał nigdy Ruth i jej synów, że są obcymi mu bestiami. Czy David pomoże Meg i Susan? Przez większą część książki towarzyszyła mi złość nie tylko na Chandlerów, ale przede wszystkim na Davida, na jego bierność, na fakt, że nigdy nikogo nie zawiadomił o przestępstwie, choć widział wszystko. Pod koniec jednak te uczucia znikają. Na całe szczęście.

Megan i Susan. Nastolatki po przejściach, straciły rodziców, poważnie ucierpiały po wypadku, w dodatku musiały przeprowadzić się i przenieść do domu nieznanej krewnej. Mimo że nie sprawiały kłopotów nowej rodzinie, instynktownie wyczuwały, że coś jest nie tak, że nowa rodzina ich nienawidzi. Nie mogły pojąć dlaczego, jaki jest tego powód. Mimo cierpienia jakiego doznawały każdego dnia, były silne i nieugięte, dumne. W dodatku miały siebie, jedyne o co warto było walczyć. Kiedy przyglądałam się temu, jak siostry się o siebie martwią, jak wzajemnie o siebie dbają w tym piekle, naprawdę czułam wzruszenie. I podziw. Podziwiałam to, jak bardzo były ze sobą blisko, że nie obwiniały jedna drugą o całą sytuację, nie wyładowywały się na sobie, łączyło je czyste uczucie – siostrzana miłość, która gotowa była znieść wszystko.

Chciałabym też zwrócić uwagę na dzieciaki, które brały udział w „dziele” Ruth. Otóż od zawsze jestem zdania, że to rodzice w większej mierze kształtują charaktery swoich dzieci, że to jacy jesteśmy zawdzięczamy wychowaniu. Ta książka niejako potwierdza moją opinię. Mamy garstkę dzieci, które z jednej strony są pozostawione sobie, jak David. Jego rodzice są zbyt zajęci własnymi problemami, rozwodem. W efekcie tego chłopiec izoluje się i uodparnia na rzeczy „złe”, buduje mur między sobą a rzeczywistością. Mamy też inne modele rodzin, jak na przykład rodzina Eddiego i Denise, gdzie główne skrzypce grał ojciec awanturnik, bijący bez opamiętania żonę i dzieci, czym doprowadził do wrzącego w nich gniewu i bestialstwa. Jest też rodzina zagorzałych katolików, którzy życzą śmierci każdej „puszczalskiej” dziewczynie i uważają, że matka ma święte prawo przyłożyć swoim dzieciom. To właśnie chore poglądy rodziców sprawiają, że dzieci wypaczają rzeczywistość, są pozbawione empatii i współczucia.

Muszę przyznać, że czas spędzony nad lekturą „Dziewczyny z sąsiedztwa” uważam za spędzony produktywnie. Książka poruszyła mną do głębi, wywołała, sprowokowała cały wachlarz emocji – od nienawiści, do współczucia, po satysfakcję. Jesteśmy świadkami narodzin zła, bezradności ofiary, nadejścia sprawiedliwości. Dzięki zabiegom autora jesteśmy świadkami całego zdarzenia,na które patrzymy oczyma nastoletniego Davida, jesteśmy tylko biernymi obserwatorami, co doprowadza niemal do szału. Brak tu zbędnych opisów i postaci, ważna jest historia i jej uczestnicy.

Naprawdę polecam tę książkę tylko osobom o mocnych nerwach, ponieważ muszę przyznać się do tego, że momentami musiałam odłożyć ją na półkę. Ogrom przemocy, brutalności i cierpienia po prostu przytłaczał, sprawiał że chodziłam w posępnym nastroju nawet sobie nie zdając z tego sprawy! Rzeczywiście mocna, przerażająca, pozostająca w pamięci – tak opisałabym tę historię.

Myślę, że książka dowodzi tezie, że to właśnie człowiek jest największą, najstraszniejszą bestią zamieszkującą Ziemię.

A jako ciekawostkę, zachęcam do przeczytania tego, jest to historia prawdziwej dziewczyny z sąsiedztwa, na podstawie której powstała książka Jacka Ketchum’a: Prawdziwa Dziewczyna z Sąsiedztwa