Archive for the ‘Recenzje’ Category

Tytuł: „Scarlett. Kontynuacja Przeminęło z Wiatrem”

Autor: Alexandra Ripley

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 790

Ocena: 7/10

„Kiedy i gdzie popełniłam błąd? Byłam przekonana, że jeśli tylko odłożę dość pieniędzy, nic mi już nie zagrozi. Teraz jestem bogata, a mimo to boję się bardziej niż kiedykolwiek w życiu.”

[Scarlett]

Jak już zapewne większość z Was wie, jestem ogromną fanką powieści „Przeminęło z wiatrem”. Dlatego też kwestią czasu było to, kiedy sięgnę po kontynuację tej historii, którą w rzeczy samej jest właśnie „Scarlett…”. napełniona trwogą i nadzieją zasiadłam na kanapie i delektowałam się lekturą. Ale czy to, co przeczytałam dorównuje pierwszej części? Czy Scarlett nie straciła niczego ze swojego ognistego temperamentu? O tym za chwilę.

Autorką drugiej części „Przeminęło z wiatrem” nie jest niestety Margaret Mitchell (która zmarła w wyniku potrącenia przez samochód), ale zupełnie inna osoba, z którą dotychczas nie miałam styczności. Alexandra Ripley okazała się również utalentowaną pisarką, choć według mnie brakowało jej lekkości pióra. Znana była głównie z powieści „Scarlett…”, jak również z takich dzieł jak „Ze złotych pól” czy „Charleston”.

Sama historia książki zaczyna się w momencie, gdy tytułowa Scarlett jest świadkiem pogrzebu jej najlepszej przyjaciółki, Melanii Wilkes, gdzie –  niestety – znów staje się celem nieprzychylnych spojrzeń i wrogich słów. Zdesperowana ucieka do Tary aby tam nabrać sił, jednak dom zarządzany ręką jej młodszej siostry nie wydaje się już być przystanią spokoju i radości. Na barki Scarlett spadają kolejne nieszczęścia – jej niania, Mammy, która wręcz zastąpiła jej matkę, ciężko choruje i umiera, ukochany Rhett pojawia się na moment, by zaraz znów ją opuścić, nie wzruszony na płacz i błagania; okazuje się również, że jej bogactwo jej zagrożone wizją bankructwa większości banków, na domiar złego ciotki z Charlestonu znów dopominają się wyjaśnień na temat krążących plotek. Zdruzgotana bohaterka postanawia je odwiedzić, aby ukoić nerwy i aby choć na chwilę uciec od problemów. Tam odnajduje po raz wtóry Rhetta, który opiekuje się majątkiem, matką oraz młodszą siostrą.  W skutek intryg i nieprzychylności niektórych ludzi, Scarlett zmuszona jest wyjechać z Charlestonu i odwiedzić swego dziadka w Atlancie, gdzie – niespodziewanie – odnajduje również rodzinę braci swojego ojca. Zachęcona życzliwością, której już dawno nie zaznała i cudowną luźną atmosferą przepełnioną prostotą i miłością, daje się namówić na podróż do ojczyzny swoich przodków – Irlandii. Wraz z jej wyjazdem jesteśmy świadkami wielu wydarzeń, wielu odkryć i wielu zmian zachodzących w głównej bohaterce, jak i w osobach ją otaczających.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia co do tej części. Właściwie większa część całej historii była naprawdę ciekawa i wciągająca, niestety jej zakończenie jak i wydarzenia je poprzedzające zepsuły pozytywny odbiór książki. Główną rzeczą, do której mogę się naprawdę przyczepić jest sama Scarlett i zakończenie. Ale od początku.

Już czytając pierwsze strony książki można wyczuć inny styl pisania, a co za tym idzie – inny klimat towarzyszący całej historii. Nie jest to jednak nic rażącego czy odrzucającego, raczej powiedziałabym  coś nowego, świeżego. Schody zaczynają się dopiero przy pierwszym „dogłębniejszym” spotkaniu z główną bohaterką, Scarlett O’Hara. Mimo wielkich – jak mi się wydaje – starań pisarki, Scarlett straciła trochę na temperamencie, inteligencji i sposobie postrzegania otoczenia. Gdy żegnamy się z naszą bohaterką w pierwszej części „Przeminęło z wiatrem” jest ona dojrzałą, zmieniającą się osobą, pozostającą jednak szczerą wobec siebie i osób, które kocha. W kolejnej części jednak wracamy do punktu wyjścia – O’Hara znów staje się zadufaną, widzącą tylko czubek swojego nosa damą, niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Znów porzuca swoje dzieci na rzecz „wolności”, znów zaczyna pełne skandali życie, po to tylko aby w końcowej scenie zmienić się diametralnie. Pozytywnym zaskoczeniem natomiast jest Rhett Butler. Bohater został przedstawiony bardzo ciekawie, w dodatku pani Ripley udało się zachować jego charakter i sposób postępowania w zgodzie z oryginałem. Wielkim plusem jest również fakt, że autorka dość szczegółowo i ciekawie opisała całą rodzinę Rhetta, jego historię przed i po spotkaniu Scarlett oraz jego relacji z najbliższymi.

Kolejnym, moim zdaniem, błędem było umieszczanie niektórych zdarzeń, które w rzeczywistości nie wnosiły do historii nic nowego, a które to stawały się nudne po pewnym czasie. Przykładem tu może być choćby wprowadzenie dziadka Robillarda, którego właściwie nie przedstawiono zbyt ciekawie, a i sam wątek dłużył się po chwili i wręcz wydało mi się, że powstał tylko z braku pomysłu i z potrzeby zapełnienia pustych stron. Również moment z dalszą rodziną Scarlett wydał mi się lekko naciągany i naiwny. Wesołe ale ubogie irlandzkie towarzystwo mieszkające w małym domku, z mnóstwem rudych dzieci, a pośród nich Scarlett O’Hara, kobieta ceniąca sobie luksus i wygodę, osoba wychowana na olbrzymiej, tętniącej życiem plantacji? Nie, to już było dość nierealne. Ale gdy przeczytałam, że Scarlett postanowiła z nimi zamieszkać, bez pięknych sukien, bez służącej, bez bogactwa i wyszukanych potraw? O nie, to już zupełnie nie mieściło mi się w głowie. Tym bardziej, że nadal mieliśmy do czynienia z damą zadzierającą nosa.

Również wyjazd do odległej Irlandii wydał mi się mało prawdopodobny. Oczywiście ciekawa byłam przygód, które czekały tam na naszą bohaterkę, jednak muszę przyznać, że się rozczarowałam. Autorce wyraźnie zaczynało brakować pomysłu jak poprowadzić cały ten wątek i jak z niego wybrnąć obronną ręką. Na pewno nie pomógł jej w tym fakt, że przedstawiła Scarlett jako naiwną młodą damę, która postanowiła zostać w Irlandii na zawsze, nie zważając na to, w co się pakuję, na biedę i niebezpieczeństwa. Problemem był również tuzin nowych postaci, które pojawiały się chyba tylko po to aby się przedstawić, przy czym czytelnik za chwilę zapomniał o ich imionach i skąd właściwie się wzięli, z kim byli spokrewnieni i co robią w całej tej historii. Uważam, że 90% postaci, które pojawiły się w wątku poświęconym Irlandii były zupełnie zbędne. Na końcówkę natomiast zabrakło zupełnie pomysłu, niestety.

Ogólnie jednak książka nie jest najgorsza. Język użyty w powieści jest przystępny, łatwy do odbioru, dzięki czemu trafia do starszych, jak i młodszych czytelników. Styl, jakim została nakreślona cała historia nie zachwyca, ale również nie odpycha. Mimo tych plusów, uważam, że autorka nie miała pomysłu na tę książkę i podjęła się stworzenia kontynuacji ze względu na sławę pierwszej części.

Mimo paru minusów jestem zadowolona, że sięgnęłam po kontynuację „Przeminęło z wiatrem”, choć muszę przyznać, że spodziewałam się zupełnie czego innego i z pewnością wiele wątków poprowadziłabym inaczej. „Scarlett” bowiem ma potencjał, który niestety nie został do końca wykorzystany. Dlatego też polecam tę książkę raczej tylko fanom pierwszej części, ale uprzedzam, że mogą się trochę rozczarować.

__________________________________________________________________

Kochani! Znów wcięło mnie na parę tygodni, jednak tym razem powodem mojej nieobecności był mój dwutygodniowy urlop, który spędziłam w Polsce. Naprawdę tęskniłam za moim miastem i byłam bardzo szczęśliwa, że w końcu mogłam odwiedzić wszystkie znajome miejsca, za którymi tęskniłam i po których wielokrotnie błądziłam w moich snach. Cieszę się również, że mogłam odwiedzić przyjaciół i rodzinę, do czego nie zniechęcił mnie nawet śnieg po kostki i trzaskający mróz (-12 stopni to jednak duży szok, gdy przyjeżdża się z miejsca, w którym najniższa temperatura tej zimy wynosiła jedynie 0 stopni ;)). Mimo zadowolenia z urlopu, muszę przyznać, że zamiast wypocząć, to jestem jeszcze bardziej zmęczona ha-ha. A najtrudniejszy niestety jest powrót do pracy. Dlatego też ratuję się wspomnieniem urlopu:

Swojskie polskie kaczki, otóż to! Pozytywnie nakręcona wspomnieniami z urlopu, pozdrawiam wszystkich Was cieplutko i życzę jak najszybszego wzrostu temperatury i tego, abyście mogli cieszyć się tak piękną i słoneczną pogodą jaką ja mam okazję się radować. Ahoj! 🙂

Tytuł: „Szeptem”

Autor: Becca Fitzpatrick

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 325

Ocena: 3/10

„– Vee, zechcesz towarzyszyć mi do toalety?
– Nie możesz iść sama?
– Planowałam iść sama, ale byłoby cudownie, gdybyś poszła ze mną.
– Dziewczyny, skąd wam się to wzięło? – odezwał się Elliot, obdzielając nas uśmiechem. – Słowo daję, jeszcze nie spotkałem takiej, która by mogła iść do toalety sama. – Pochylił się do nas i szepnął konspiracyjnie: – Możecie mi to zdradzić? Dam wam po pięć dolców, serio. – Sięgnął do tylnej kieszeni. – A jak mnie tam wpuścicie i załapię, o co biega, dam nawet po dysze.” [Elliot]

Jako że ostatnio rekordy popularności biją książki z gatunku paranormal romance, to też większość autorów współczesnych kieruje się tym wyznacznikiem, tworząc historie poświęcone związkom normalnych ludzi z wampirami, wilkołakami, duchami, zombie oraz wszystkim tym, co nosi znamiona  nienormalności i para-psychiczności. Oczywiście przyszła też kolej na anioły, a żeby było bardziej dramatycznie – upadłe anioły.

Historia zaczyna się znajomo. Poznajemy szesnastoletnią Norę – przeciętną dziewczynę z rozczochranymi włosami i postępującą anemią, mieszkającą w małej miejscowości, również do bólu normalnej. Nora wraz z najlepszą przyjaciółką uczy się w liceum, gdzie, na lekcji biologii, poznaje tajemniczego i przystojnego Patch’a, który wyraźnie jest nią zainteresowany. Wkrótce po poznaniu chłopaka, Norę zaczynają spotykać dziwne, trudne do pojęcia i jeszcze trudniejsze do wyjaśnienia rzeczy. I choć nastolatka nie ma pojęcia dlaczego wszystko to przydarza się właśnie jej, jest niemal pewna, że z Patchem coś jest nie tak i że ma on coś wspólnego z całym tym zamieszaniem.

Cóż, jak wiele osób się pewnie domyśla, sięgnęłam po tę książkę głównie ze względu na bardzo pozytywne opinie, które zebrała na wielu blogach oraz portalach internetowych. Niestety książeczka nie do końca trafiła w moje gusta. Prawdę mówiąc rozminęłyśmy się o całe lata świetlne. Być może spowodowane to jest faktem, że naście lat skończyłam już dawno temu i być może wyrosłam już z książek tego typu, a być może nawał książek o takiej tematyce zupełnie mnie zniechęcił.

Główna bohaterka, Nora, okazała się anemiczną, połykającą żelazo w zatrważających ilościach niezdecydowaną nastolatką. Raz bowiem twierdzi, że uwielbia ryzyko i tajemnice, by zaraz oznajmić, że ona nie będzie brała udziału np. w śledzeniu kogoś. Spontaniczność tej osoby widocznie popełniła harakiri i aby upewnić się, że nigdy nie zmartwychwstanie, skoczyła dodatkowo z dziesiątego piętra wprost pod nadjeżdżający pociąg. Do tego dochodzi jeszcze uderzające podobieństwo do bohaterki popularnej sagi „Zmierzch” czy też „Dary anioła” oraz niesamowita wręcz ignorancja ze strony nastolatki. Tak z grubsza opisałabym Norę.

Kiedy w końcu dobrnęłam do momentu, gdzie kwestia Patcha jest dłuższa niż dwa zdania, byłam pełna nadziei, że okaże się on rzeczywiście kimś tajemniczym, a jednocześnie odpychającym i przyciągającym. O, jak się bardzo pomyliłam! Co prawda postać Patcha nie wywoływała już skrętów żołądka, ale nie znaczy to wcale, że był godny poświęcenia uwagi. Właściwie to, nie licząc paru kwestii, Patch pojawiał się w książce sporadycznie, po to tylko aby obronić Norę przed niebezpieczeństwem albo aby ponaigrywać się z jej wyglądu. Muszę też przyznać, że zupełnie nie rozumiem (najwyraźniej nie załapałam tego momentu) w jaki sposób Patch i Nora się w sobie zakochali. Na resztę postaci szkoda mi czasu oraz miejsca, choć gdy zastanowiłam się dłużej, to doszłam do wniosku, że jedyną, naprawdę fajną postacią była przyjaciółka głównej bohaterki, Vee Sky.

Cała książka dziwnym trafem przypominała mi „Zmierzch” (choć to już może moja paranoja) i nie mogłam się powstrzymać przed porównywaniem obu historii. Nie dość, że Nora, tak jak Bella, była bardzo przeciętną dziewczyną uczęszczająca do szkoły średniej, to w dodatku swego paranormalnego ukochanego również poznała na lekcji biologii! Czy Amerykanie naprawdę przykładają do tego przedmiotu aż tak ogromną wagę, czy może jest to jakiś umowny znak, z którego istnienia zwykli śmiertelnicy nie zdają sobie sprawy? Być może biologia i zjawiska paranormalne wręcz się przyciągają? Oczywiście – jak na szanującą się książkę dla młodzieży – nie może zabraknąć wątków przyspieszających bicie serca. Oto Patch, na wzór Edwarda, ratuje dzięki nadprzyrodzonym zdolnościom bezbronną Norę przed śmiercią.

Ciekawe wydało mi się również przedstawienie postaci. Nora bowiem wpasowała się w kategorię „szarej myszki, rozchwytywanej przez wszystkich przystojniaków w okolicy”, jej przyjaciółka Vee Sky  dostała kategorię „naiwnej i mało inteligentnej ale zabawnej” i dziwnym trafem przypominała serialową Monę z „Pretty Little Liars”. Patch natomiast to  kategoria „próbuję być tajemniczy”, a Marcia, najgorszy wróg dziewcząt to „zło wcielone”. Najbardziej rozśmieszyło mnie podejście właśnie do postaci negatywnych, które zostały przedstawione wręcz karykaturalnie jako płytkie, tępe, nijakie; ich próby przebiegłości wywoływały jedynie uśmiech politowania.

Sama fabuła też nie wzbudziła zachwytu. Ot, mamy nastolatkę, która próbuje żyć normalnie po śmierci ojca. Codziennie uczęszcza do lokalnego liceum wraz z przyjaciółką, aż tu nagle spotyka Patcha, którego raz postanawia unikaj, raz pcha mu się w ramiona. Oczywiście zaraz okazuje się, że Nora jest potomkinią anioła, a Patch teoretycznie jest jej śmiertelnym wrogiem. W dodatku irytowały mnie niesamowicie niedociągnięcia. W pewnym momencie jest mowa o tym, że Nora nie może zbyt późno wracać do domu. W następnym dziewczyna znika na prawie całą noc, jest świadkiem morderstwa staruszki, następnie ląduje w motelu z prawie obcym chłopakiem, a co na to jej opiekuńcza matka? Chyba zapomniała, że ma córkę. Albo historia końcowa, gdy Nora odkrywa ciało w szkole. Gdybym ja znalazła ciało kogoś znajomego, to najprawdopodobniej dostałabym zawału na miejscu. Nora natomiast jakby ledwie zdobyła się na łzy. Cóż, jak to określiła Vee Sky – powoli zmierzamy do krainy To-Całkiem-Bez-Sensu.

Początkowo wydawało mi się, że książka jest po prostu zwykłą, lekką opowiastką dla nastolatek. Z czasem jednak przekonałam się, że historia jest nie tyle co nudna, ale nijaka i mimo tego, że została napisana łatwym i przystępnym językiem, to musiałam zmusić się do jej dokończenia. W dodatku odniosłam wrażenie, że od początku do mniej więcej połowy opowieści, autorka wyraźnie nie miała pomysłu zarówno na akcję, jak i na dialogi między bohaterami. Pod koniec nareszcie udało się jej utworzyć coś na kształt dynamiki, a zdarzenia posypały się jedno po drugim.

Naprawdę rzadko zdarza się, że zniechęcę się do książki tak bardzo, ponieważ jestem raczej tolerancyjna jeśli chodzi o twórczość pisarską i przebrnę niemal przez wszystkie twory literatury, ale ta książka była dla mnie nie do pokonania. Nie rozumiem zupełnie idei tworzenia czegoś na wzór innych popularnych książek, tylko po to aby wstrzeliło się to w aktualnie popularny kanon lub temat. Szczerzę nie cierpię książek bazujących na popularności innych książek. Ani to oryginalne, ani ciekawe.  Za to mogę przyznać, że zdecydowanie jest to najsłabsza książka jaką miałam okazję czytać do tej pory (aż strach pomyśleć ile jeszcze części tej książki powstanie). Dlatego też, z ręką na sercu, polecam tę książkę tylko i wyłącznie miłośnikom gatunku, ewentualnie fanom sagi „Zmierzch”, choć nie jestem pewna czy i ci docenią opowieść pani Fitzpatrick.

Tytuł: „Pretty Little Liars. Kłamczuchy”

Autor: Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 280

Ocena: 8/10

„Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego, że wierzy w nie więcej osób.”

Oscar Wilde

Chyba każdy z nas ma jakieś sekrety i tajemnice. A wiadomo, że w raz z sekretami w parze idą kłamstwa. Kto z nas bowiem nie kłamał, czy to w dobrej wierze, czy też nie? I choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy, to te kłamstewka i tajemnice mogą w pewnym momencie zacząć żyć własnym życiem i przysporzyć nam tym samym naprawdę wielu kłopotów.

Wydaje mi się, że tego samego zdania była też Sara Shepard tworząc serię książek, zatytułowanych „Pretty Little Liars”. Co ciekawe, dodam, że seria powstała na podstawie wspomnień samej autorki, kiedy ta był nastolatką.

O samej autorce wspomnę naprawdę krótko. Jak każda młoda dziewczyna chciała być gwiazdą, kimś sławnym; z czasem jednak jej zainteresowania się zmieniły i postanowiła zostać projektantką klocków Lego. Jak wiemy, z dziecięcych marzeń mało zostaje, i tak też było w przypadku pani Shepard, która jednak postawiła na pisarstwo. I wydaje mi się, że to było lepsze posunięcie niż zostanie projektantem klocków. Nawet dla tak zacnej firmy jak Lego.

Historia jest jednocześnie dosyć zwykła, ale zarazem skomplikowana. Oto poznajemy cztery dziewczyny w wieku około szesnastu lat – Spencer, Hannah, Aria i Emily. Każda z nich jest zupełnie inna, ma inne problemy, żyje w innym świecie, a jednak przed laty były najlepszymi przyjaciółkami. Spoiwem była Alison. Szkolna gwiazda, przebojowa i zabawna, marzenie każdego chłopaka, a zarazem wróg każdej zazdrosnej nastolatki; królowa całej paczki. Pewnego dnia jednak Alison znika w niewyjaśnionych okolicznościach, nie dając znaku życia. Jej przyjaciółki, choć przerażone i załamane, w końcu godzą się z losem. Parę lat później zdaje się, że nic już ich nie łączy, każda ułożyła sobie życie po swojemu, zapominając, że jeszcze jakiś czas temu tworzyły zgraną paczkę. Wszystko zmienia się drastycznie, gdy Emily, Spence, Hannah i Aria zaczynają dostawać niepokojące wiadomości, których nadawcą jest anonimowy A. Okazuje się, że ktoś zna wszystkie tajemnice, o których dziewczyny najchętniej zapomniałyby na zawsze. Jednak tajemniczy nadawca nie ma zamiaru na to pozwolić. Pytanie więc – do czego zdolne są dziewczyny, aby dowiedzieć się kim jest A. i aby go lub ją powstrzymać?

O samej fabule mogę napisać, że jest naprawdę wciągająca. Początkowo zasiadając do książki obawiałam się, że rozczaruję się nią, tak jak było przy lekturze „Ciepłych ciał”, jednak śmiało mogę stwierdzić, że akcja i cała ta pogmatwana historia wciągnęły mnie tak bardzo, że zaraz po skończeniu pierwszej części, zakupiłam sobie kolejną.

Wszystko wydaje się być naprawdę dopracowane; każdy szczegół został przemyślany, dzięki czemu czytelnik gdy już już myśli, że rozwiązał zagadkę i wie, kim jest A., nagle musi obejść się smakiem, ponieważ jego domysły zostają rozwiane, a podejrzenia padają na kolejną osobę. Równie interesująca jak zaginięcie Alison, jest historia każdej z dziewcząt i tajemnice, z którymi każda z nich się zmaga.

Co do bohaterek, to jestem jak najbardziej na tak. Postaci są wyraźne, bardzo ludzkie, brak w nich tego znienawidzonego przeze mnie rozmemłania i nijakości. Każda z dziewczyn ma swoje życie, swoje sprawy i bardzo pragnie, aby stworzony przez nie porządek przetrwał cały huragan związany z wiadomościami od tajemniczego bądź tajemniczej A. jednocześnie możemy zaobserwować jak z prawie obcych sobie ludzi, nastolatki znów stają się sobie coraz bliższe, a ich przyjaźń silniejsza, co skłania je ku przemyśleniom, że być może Alison nie była jedynym, co je ze sobą naprawdę łączyło.

Pisząc o bohaterkach muszę również wspomnieć, że przed przeczytaniem książek najpierw trafiłam na serial o tym samym tytule, który oczywiście powstał na podstawie książek. Z serialowymi bohaterkami było różnie: niektóre naprawdę przypadły mi do gustu i naprawdę je polubiłam, inne wydały mi się zbyt mdłe. Mimo to zapadły mi w pamięć tak głęboko, że później przy czytaniu książek nie mogłam odgonić od siebie obrazu ich twarzy. I tak też blond-włosa Spencer na zawsze będzie dla mnie smukłą wysoką brunetką, tak jak Aria zresztą. Muszę też wspomnieć, że nie przepadałam za serialowymi Emily i Arią, były postaciami jak dla mnie zbyt nudnymi, denerwującymi. Natomiast dzięki książce spojrzałam na nie zupełnie inaczej. Aria nie wydawała się już taka irytująca, przeciwnie! Została bardzo dokładnie opisana, ze wszystkimi dziwactwami, dzięki czemu czytelnik naprawdę czuł, że spotyka się z kimś oryginalnym, z indywiduum, a nie z drażniącą, rozpieszczoną dziewuchą. Emily natomiast w serialu była do granic mdła. Z książką jest inaczej, Emily wydała się osobą targaną sprzecznymi uczuciami, do tego trochę samotną i zirytowaną. Natomiast moją ulubioną bohaterką niepodzielnie, tak w książce jak i w serialu, jest Spencer Hastings. Uwielbiam ją pod każdym względem i wydaje mi się, że jej wątek i wątek Arii naprawdę udał się autorce i jest w stanie zaciekawić wszystkich. Spencer jest osobą bardzo inteligentną, pracowitą, zajętą, biorącą udział we wszystkich szkolnych zajęciach i konkursach. Ceni sobie szczerość i racjonalne myślenie. Do tego jest bardzo obowiązkowa, nawet jej strój świadczy o tym jak rygorystycznie podchodzi sama do siebie. Mimo to możemy zobaczyć też drugą twarz Spenz, osobę samotną, szukającą uznania w oczach najbliższych, zagubioną po stracie Alison.

Język i styl, w którym została napisana książka jest naprawdę bardzo przystępny, dzięki czemu skłania do sięgnięcia po tę lekturę nie tylko nastolatki, ale również osoby nieco starsze, które szukają oryginalnych historii z morderstwem i tajemnicami w tle. Poza tym książka jest podzielona na trzydzieści pięć rozdziałów, które zazwyczaj są poświęcone kolejno każdej bohaterce, co sprawia, że historia jest jeszcze bardziej przystępna i przyjemniej się ją zgłębia. Dużym plusem książki jest też jej oprawa graficzna. Okładka jest śliczna i mile cieszy oko; zresztą każda część serii ma przepiękne okładki, które naprawdę przyciągają spojrzenie!

Moje odczucia co do książeczki są jak najbardziej pozytywne i jak już wspomniałam – na pewno sięgnę po kolejne części. Historia bardzo mnie wciągnęła i nie wyobrażam sobie, że mogłabym porzucić bohaterki, zanim rozwiążą zagadkę zniknięcia A. i tego, kto jest autorem tych wszystkich wiadomości, które dostają regularnie. Polecam tę książeczkę nie tylko nastolatkom, ale wszystkim tym, którzy od czasu do czasu mają ochotę na łamanie sobie głowy problemami i tajemnicami, które szukają opowieści o przyjaźni, jednocześnie mając ochotę na morderstwo w tle. Ponadto fani serialu mogę być naprawdę zaskoczeni, gdyż książka przedstawia wiele zdarzeń pominiętych w serialu. Naprawdę zachęcam do sięgnięcia po tę książeczkę.

                                                                    

Kochani moi! Wiem, przepadłam na parę tygodni nie było ode mnie żadnego znaku życia, ale uwierzcie mi – miałam w pracy tak zwany gorący okres i naprawdę brakowało mi na wszystko czasu, a te parę chwil, które sobie wygospodarowałam zazwyczaj przeznaczałam na to, co tygryski lubią najbardziej, czyli na gorący kubas herbaty i kolejne tomiszcza książek (swoją drogą muszę się pochwalić, że czytam kontynuację „Przeminęło z wiatrem”, ponieważ w końcu dostałam przesyłkę). W każdym razie w końcu w pracy trochę spokojniej i mogę poświęcić się znów w pełni czytaniu, recenzowaniu i blogowaniu. Przepraszam Was serdecznie również za to, że nie odwiedzałam Waszych blogów przez ostatnie dwa tygodnie, ale obiecuję, że na dniach postaram się nadrobić zaległości, które w tym czasie powstały. Zresztą zaraz zabieram się za czytanie Waszych notek. Postaram się już nie znikać na tak długi okres i zamieszczać na blogu co najmniej jedną recenzję tygodniowo. Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję, że ktoś jeszcze pamięta o blogu Bluszczyka 🙂

Tytuł: „Ciepłe ciała”

Autor:  Isaac Marion

Wydawnictwo: Replika

Liczba stron: 307

Ocena: 7/10

„Zaraza. Klątwa. Tak potężna, tak wygłodniała i tak głęboko wrośnięta w nasze dusze, że nie zadowala się już czekaniem na śmierć.Teraz po prostu sięga i bierze to, czego chce.”   [„Ciepłe ciała”]

Zombie (żywy trup, umarlak) – fikcyjna nieumarła istota popularna szczególnie w horrorach. Słowo zombie pochodzi prawdopodobnie od afrykańskiego zumbi (fetysz w języku kikongo) lub od nzambi (bóg w języku kimbundu)”   [Wikipedia]

Na samym wstępie muszę wspomnieć o tym, że z tym tytułem spotykałam się na wielu blogach i na równie wielu stronach poświęconych książkom. Pozycja ta zdobyła naprawdę bardzo dużo pozytywnych opinii, więc i ja – kierowana ciekawością – zamówiłam tę książeczkę i czekałam z niecierpliwością na przesyłkę. Gdy tylko trafiła w moje ręce nie została z nich wypuszczona dopóki nie dotrwałam do końca. Tak, dotrwać to najlepsze określenie. I zaraz wyjaśnię dlaczego.

O samym autorze mogę napisać niewiele. Jak mówi obwoluta na okładce, Isaac Marion urodził się w 1981 roku, na północnym zachodzie stanu Waszyngton, gdzie mieszka po dziś dzień. Zanim stworzył „Ciepłe ciała” – które są zresztą jego debiutem – wykonywał wiele różnych zawodów, m.in. pracował z dziećmi w rodzinach zastępczych.

Historia opisana w książce jest dość oryginalna. Głównym bohaterem bowiem jest R. R nie jest człowiekiem, ponieważ jest… zombie. R. nie pamięta jak ma dokładnie na  imię, nie pamięta skąd się wziął, jak umarł. Nie posiada wspomnień, ale została mu jakaś cząstka uczuć, które stara się w sobie pielęgnować. Mieszka w raz z innymi zombie na opustoszałym lotnisku, gdzie stary samolot jest jego mieszkaniem. Żadne z zombie nie pamięta w jaki sposób stały się tym, czym są; nie wiedzą skąd się wzięły ani dlaczego są chodzącymi Martwymi. Jednak i Martwi muszą w jakiś sposób utrzymywać swoją egzystencję, a do tego potrzebni są im Żywi, na których polują w opuszczonych i zniszczonych miastach. Dla zombie zjadanie żywych to nie tylko pozbywanie się ssącego, nieprzyjemnego uczucia z żołądków, ale również wchłanianie, smakowanie ich wspomnień, życia, tego co przeżyli i kim byli. To właściwie jeden z niewielu sposobów na to, aby zombie mogły sobie przypomnieć o zwykłych rzeczach, o szczęściu, smutku lub o bardziej przyziemnych rzeczach np. o tym jak smakują truskawki albo hot-dogi, jak to jest czuć zimno czy łzy napływające do oczu. Podczas jednej z wypraw do miasta, R. zjada mózg Perry’ego, młodego i zakochanego w swojej dziewczynie, Julie, chłopaka. Gdy R. smakuje swój łup, inne zombie próbują zabić Julie, ale R. – sam zaskoczony swoją postawą – ratuje nastolatkę i zapewnia jej bezpieczeństwo, zabierając ze sobą na lotnisko. Julie w końcu zaczyna akceptować swojego wybawcę, a R. odkrywa w sobie nowe uczucia. Znajomość tej dwójki zmienia diametralnie wszystko, świat żywych, ale również świat umarłych. Pytanie tylko czy oba te światy zgadzają się na nadchodzące zmiany?

Muszę przyznać, że początkowo byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do tej lektury, ale z biegiem czasu i akcji zmieniłam trochę zdanie.

Książka wydaje się napisana językiem dość przyjaznym, nie wymagającym większego skupienia nad znaczeniem poszczególnych zdań bądź akcji. Brak też jest – jak dla mnie – zbędnych i niepotrzebnych opisów otoczenia i miasta (choć w książce niejako post-apokaliptycznej taki opis mógłby być plusem), można rzec, że opisy są wręcz powściągliwe. Stan ten zmienia się trochę po tym, jak R. spotyka Julie i muszę przyznać, że nie wpływa to dobrze na odbiór książki. W pewnym momencie wewnętrzny monolog głównego bohatera staje się wręcz męczący, ale na całe szczęście po chwili czytelnik może odpocząć trochę od skołowanych myśli zombie, dzięki przyspieszającej akcji. Tak, o samej akcji mogę powiedzieć jedno – leniwa. Ale to w żaden sposób mi nie przeszkadzało, ponieważ tempo akcji było idealnie dostosowane do zmian jakie zachodziły nie tylko w bohaterach, ale również w nowym świecie. Bardzo zaciekawił mnie również pomysł z poznawaniem myśli Perry’ego – R. bardzo często rozmawiał ze zmarłym chłopakiem w swoich myślach. Dzięki temu zabiegowi czytelnikowi wydaje się, że poznał nastolatka w miarę dobrze, mimo żę Perry ginie niemal na samym początku powieści. Co również odebrałam jako plus całej książki, to interesujące rysunki anatomiczne dłoni, głowy, stóp i innych części ciała, zapowiadające kolejny rozdział.

Co do bohaterów, to mogę śmiało stwierdzić, że początkowo spodziewałam się wielkiego romansu, rodem z sagi „Zmierzch”. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że uczucie przedstawione w książce jest delikatne, prawie nieuchwytne, a jednak bardzo ważne. Zarówno dla R. i Julie, jak i dla całego świata.

R. to oczywiście zombie, a jak wiemy z filmów i innych nośników informacji – zombie najczęściej,kiedy nie zajmują się zjadaniem ludzkim organów, kołyszą się z nogi na nogę, chodzą w kółko, zawodzą głośno i żałośnie i wodzą dookoła błędnym wzrokiem. Większość z tych czynności robią też zombie w „Ciepłych ciałach”, jednak R., kiedy nie jest pochłonięty chodzeniem w kółko, słucha Franka Sinatry czy Beatlesów, od czasu do czasu próbuje snuć filozoficzne monologi. Tak, śmiem twierdzić, że to zombie-oryginał. Bo R. to, gdzieś w głębi duszy, delikatny, czuły i pamiętający o swoim człowieczeństwie mężczyzna. Idąc tym tropem być może właśnie dlatego to on poczuwa się do zmiany tego, jaki stał się świat i jakie on sam zajmuje w nim miejsce. R. buntuje się przeciw swojej naturze, chce znów być żywy, chociaż pragnienie to dopiero zaczyna w nim powoli kiełkować.

Z drugiej strony mamy Julie. Młodą buntowniczkę, uratowaną przez zombie. Nastolatka wydaje się być jedynym żywym elementem książki, jak i świata, ukazanego czytelnikowi. Wydawać by się mogło, że tylko ona ma jeszcze nadzieję, na zwalczenie zarazy, która pozwala umarłym powstać z grobów i jako jedyna nie poddaje się i nie czeka, ukryta w miejskim schronie. Spotkanie z R. jest dla niej czymś nowym. Nauczona walczyć z zombie z całych sił, nagle odnajduje w nim przyjaciela. Wydaje mi się, że gdyby nie upór tej dwójki i wpływ Julie na R., to być może nic nigdy nie drgnęłoby w tym mrocznym świecie.

Ważnym problemem poruszonym w całej książce jest człowieczeństwo i to, do czego ono zobowiązuje. Autor nie opisuje wprost skąd wzięły się zombie i cała „zaraza”, ale możemy wyczuć, że głównym sprawcą całego nieszczęścia jest właśnie człowiek. Oto, zdaje się mówić autor, do czego doprowadzi ludzi pycha, nienawiść, kult pieniądza, zazdrość, chciwość, gniew i bezwzględność. Oto, jakie poniesiemy konsekwencje. Pisarz doskonale oddaje stan rzeczy, a jednocześnie pokazuje nam bardzo dokładnie z czym przyjdzie nam żyć, jeśli nasze postępowanie nie ulegnie zmianie lub poprawie. Z drugiej strony książka mówi o tym, aby korzystać z życia i nie czekać bezczynnie na „lepsze jutro”, które przecież wcale może nie nadejść, jeśli sami nie weźmiemy spraw w swoje ręce.

Z jednej strony książka naprawdę mi się spodobała, głównie za sprawą R. właśnie. Jak na zombie jest wielką indywidualnością, postacią oryginalną i nietuzinkową. Polubiłam jego powściągliwe wzruszanie ramionami i to, w jaki sposób przeżywał wszystkie spotkania z Julie i Perrym. Natomiast minusem, jak już wspomniałam, są niekiedy męczące monologi i leniwa, powolna akcja, która nabiera prędkości dopiero pod koniec. Poza tym wizja romansu między zombie a normalną nastolatką mimo wszystko nie przemawia do mnie specjalnie.

Nie mniej jednak poleca tę książkę wszystkim, którzy są ciekawi połączenia dwóch, odmiennych od siebie światów. Jest to książka oryginalna i mogę śmiało powiedzieć, że nie spotkałam się do tej pory z niczym podobnym. A jeśli ktoś by pytał – chętnie zrezygnuję z wszelkich wampirów i wilkołaków na rzecz jednego, wzruszającego ramionami R.

A dla fanów zombie: pozostając w temacie, przypomniałam sobie wszystkie filmy jakie dotychczas oglądałam, których głównymi bohaterami były zombie i muszę przyznać, że chyba mój obraz zombie odbiega delikatnie od tych np. w „Świcie żywych trupów”. A to taka gratka dla fanów współczesnych zombie – znacie tego pana?

Aha, chciałam też napisać, że trwają prace nad filmem opartym na „Ciepłych ciałach”, który to ukarze się już w roku 2012. Zamierzacie oglądać i porównać film z książką?

Tytuł: „Przeminęło z wiatrem”

Autor: Margaret Mitchell

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 879

Ocena: 10+/10

„Świat cały nie zdoła nas pokonać, gubimy się jednak sami przez zbyt mocne pragnienie rzeczy, których już nie posiadamy – i przez zbyt uporczywe życie wspomnieniami”

[babcia Fontaine]

Parą lat temu, przeskakując pilotem po kanałach telewizyjnych natrafiłam na film, który na długo utknął mi w pamięci, a dewiza głównej bohaterki została przeze mnie niejako zaadoptowana. Historia taka bardzo mnie wciągnęła, że pamiętałam ją latami, nie zdając sobie sprawy z tego, że film powstał w oparciu o książkę! Pewnego dnia jednak natknęłam się na opasły tom w lokalnej bibliotece i wtedy właśnie pierwszy raz usłyszałam o Margaret Mitchell.

Ta, nagrodzona Nagrodą Pulitzera, pisarka urodziła się 8 listopada 1900 roku w Atlancie, gdzie przebywała aż do swojej śmierci. Dwukrotna mężatka, kobieta wykształcona. Pisarstwem zajęła się, gdy choroba przykuła ją do łóżka. Jej najsławniejsza powieść „Przeminęło z wiatrem” powstawała w ciągu dziesięciu lat, a wydana została w roku 1936. W tym samym roku pisarka sprzedała prawa do sfilmowania swojego dzieła za 50 000 dolarów. W późniejszych latach zajmowała się głównie akcjami charytatywnymi, zaangażowała się w ruch afro-amerykański na rzecz praw czarnych w Atlancie, pomagała podczas II wojny światowej w różnych szpitalach. Zginęła 11 sierpnia 1949 roku, potrącona przez pijanego taksówkarza. Muszę przyznać, że nigdy nie żałowałam bardziej niczyjej śmierci, niż właśnie Margaret Mitchell, gdyż mogła stworzyć kolejne, równie wciągające i cudowne powieści.

Historia zaczyna się w roku 1861. Scarlett O’Hara jest dumną i rozpieszczoną córką Geralda i Ellen O’Hara, plantatorów z Georgii. Dziewczyna, choć zdaje się być flirciarą, której sprawia przyjemność odbijanie narzeczonych innym pannom, potajemnie kocha Ashleya Wilkesa. W skutek pewnych zdarzeń dowiaduje się nagle, że jest on zaręczony ze swoją kuzynką, Melanią Hamilton. Na przekór wszystkim, nie mogąc opanować zazdrości i wściekłości, wychodzi za brata Melanii, by po krótkim czasie zostać wdową. W tym samym czasie wybucha wojna secesyjna, która zmusza główną bohaterkę do przeprowadzenia się do Atlanty, gdzie spotyka dawnego znajomego, Rhetta Butlera, z którym flirtuje mimo tego, że darzy go nienawiścią a zarazem sympatią. Wkrótce wojna wybucha na dobre, a mieszkańcy Południa zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że dla nich wojna jest przegrana. Tracą swoje majątki, słowo Konfederatów przestaje się liczyć, niewolnictwo zostaje zniesione. Po zderzeniu z nowym porządkiem, po doznaniu biedy i zimna, Scarlett obiecuje sobie, że jej głównym celem od tej pory jest ratowanie Tary, rodzinnego majątku i że dla tej sprawy gotowa jest poświęcić wszystko – honor, przyjaźń, dumę, a nawet miłość. Od tej chwili podążamy za losami Scarlett i jej bliskich, jesteśmy też światkami tego, jak zmienia się jej uczucie do Ashleya, Melanii, a przede wszystkim do Rhetta.

Z ręką na sercu mogę przyznać, że „Przeminęło z wiatrem” to najlepsza powieść jaką dane mi było czytać. Jestem zupełnie zauroczona nie tylko losami Scarlett, ale historią wojny secesyjnej i przemian jakie zaszły w Ameryce.przekonałam się na własnej skórze, że książka ta to nie tylko najpiękniejsza historia miłosna wszech czasów, ale również wspaniale opisane losy Południa, jej mieszkańców, zwyczajów tam panujących, kwestii niewolnictwa czy choćby sposobu życia w tamtych czasach. Ponadto jest to prawdziwa uczta dla tych, którzy podziwiają kunszt pisarki najwyższych lotów, co mogę z pewnością powiedzieć na temat talentu Margaret Mitchell.

Język książki jest przystępny, przyjazny, bez zbędnych – często psujących harmonię utworu – upiększeń czy udziwnień. Historia płynie gładko, jest spójna, a zdarzenia są tak rzeczywiste i – wydawać by się mogło- bliskie naszym czasom, że wydajemy się wręcz wciągnięci w ich wir. Postaci, które wykreowała pisarka są wyraziste, żywe, pochłaniające całą naszą uwagę. W dodatku wywołują bardzo silne uczucia-  od nienawiści, po miłość i współczucie. W tym wszystkim nie mogło zabraknąć opisów wojny, relacji zdawanych z sytuacji wynikającej z danych wydarzeń. Czytelnik zostaje rzucony w centrum akcji, jest świadkiem sporu między Północą a Południem, między poglądy dotyczące niewolnictwa.

„Mechanizm każdego człowieka działa inaczej”

[Will]

Wydaje mi się, że głównym atutem książki są jej bohaterowie. Scarlett O’Harę poznajemy na samym wstępie i jesteśmy świadkami, tego co dzieje się z bohaterką w ciągu całej powieści. Początkowo jawi się jako dziewczę puste, ale zarazem inteligentne, o wielkim temperamencie; jej życiową dewizą są słowa „Pomyślę o tym jutro; juro będę się tym martwić”. Od początku zdajemy sobie sprawę, że Scarlett nie potrafi  podporządkować się ogólnie przyjętym zasadom, buntuje się, staje się „czarną owcą” towarzystwa, choć nikt z dobrze wychowanych przyjaciół nie mówi tego wprost. Scarlett jest z pewnością bohaterką o bardzo ludzkich cechach, jednocześnie jest tak daleko od bycia ideałem jak to tylko jest możliwe. Można powiedzieć, że próżność długo jest jej znakiem rozpoznawczym. Próżna, nieczuła,skłonna do wybuchów gniewu, zarozumiała, uparta, chwytająca życie takim jakie jest – tak można opisać Scarlett. Mimo że zawsze chciała być podobna do matki, kobiety spokojnej, dobrej i ułożonej, zdaje się, że z każdym dniem się od tego wizerunku oddala.

Zaskoczeniem może być fakt, że dziewczyna o tak porywczym charakterze zakochuje się w Ashleyu, mężczyźnie ciągle bujającym w obłokach, nieobecnym, spokojnym i ułożonym. prawda jest jednak taka, że bohaterka zupełnie nie rozumiała Wilkesa i dlatego przypisywała mu cechy, które chciała w nim widzieć, tworząc w ten sposób swój ideał, niestety nie istniejący w rzeczywistości. Odrzucona przez – jak jej się długo wydawało – miłość swojego życia, godzi się na małżeństwo z Charliem Hamiltonem, bratem narzeczonej Ashleya. Nie trzeba chyba wspominać jak bardzo Scarlett nienawidzi zarówno Charlesa, jak i Melanii. Nie dane jest jej „cieszyć się” małżeństwem długo – Charlie ginie na wojnie, pozostawiając po sobie wspomnienie w postaci synka, Wade’a. Wydaje mi się, że właśnie w tym momencie całe życie głównej bohaterki zaczyna się zmieniać. Wyjeżdża do Atlanty i wraz ze swoim małym synkiem zamieszkuje z Melanią i ciotką Pitty. Tam też spotyka po raz kolejny Rhetta Butlera, przemytnika i podrywacza. Po wielu perypetiach, po przeżytym ataku wojsk na Atlantę, Scarlett i Mela uciekają do domu, do Tary. Główna bohaterka zmuszona przez okoliczności, przez biedę, której smak poznała, ponownie wychodzi za mąż, oczywiście bez miłości, za to zyskując fortunę. Ciężko pracując powiększa  swój majątek, do momentu gdy traci drugiego męża. Wtedy właśnie godzi się na propozycję Rhetta – wychodzi za mąż po raz trzeci, teraz za kapitana Butlera.

Przyglądając się Scarlett, mogę przyznać, że jest to zdecydowanie jedna z tych bohaterek, które na długo zostają w pamięci. Mimo swoich wad zyskała moją miłość, pokochałam ją zupełnie, z całym inwentarzem cech jej charakteru. Z jednej strony wydaje mi się, że jest ona osobą bardzo się ode mnie różniącą, z drugiej zaś wydaje mi się, że jesteśmy do siebie bardziej podobne niż początkowo myślałam.

Scarlett działa na czytelnika w wyjątkowy sposób. Oto z jednej strony mamy denerwującą młodą kobietę, której wyborów często nie mogłam zrozumieć. Odpychało mnie to, jak traktowała swojego synka, Wade’a (był dla niej tak mało ważny, że prawie zapomniała o nim, uciekając przed Jankesami z Tary). Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie lubiła swoich sióstr, dlaczego nie potrafiła dostrzec kochającego ją serca Meli, dlaczego raniła tyle bliskich jej osób. Z drugiej strony rozumiem doskonale, że bieda i strach przed utratą tego, co dla niej najważniejsze – Tary, popychały ją do rzeczy wręcz niemożliwych. Podziwiałam ją za to, że potrafi iść przez życie z siłą, z podniesionym czołem, że zawsze walczy o swoje. Pokochałam w niej to, że za każdym razem gdy zdawało mi się, iż Scarlett się zmieniła, nagle pach! – ona znów postępowała „po swojemu”. Z przyjemnością obserwowałam bardzo powolny proces przemiany, która w niej zachodziła i kiełkowaniu miłości do Rhetta, z której istnienia bardzo długo sobie nie zdawała sprawy. Mogłabym długo opisywać Scarlett O’Harę, ale nic, żadne słowa nie oddadzą tego, jak wyjątkową postacią jest.

Jednocześnie sądzę, że na dużą uwagę zasługują również Melania, Ashley i Rhett. Melę pokochałam już na samym początku, wydawała się słodkim, spokojnym, słabym stworzeniem. Nagle jednak, w obliczu zagrożenia, okazuje się, że to właśnie Mela jest najsilniejsza, że to ona jest podporą wszystkich rodzin konfederatów, że jest podporą Scarlett, o której ta druga nie zdawała sobie sprawy bardzo długo. Melania kocha Scarlett prawdziwym, gorącym uczuciem, takim samym, jakim darzy swojego męża Ashleya. Z pozoru wydaje się osobą delikatną i słabą, ale w rzeczywistości jest odważna, dumna, a jej siłą i bronią jest miłość. Miłość tak czysta, że zasługująca niemalże na cześć. „Teraz, patrząc ze smutkiem w przeszłość, Scarlett zrozumiała, że Melania zawsze stała u jej boku z szablą w dłoni, nieodstępna jak cień, kochająca ją, walcząca za nią ze ślepym, namiętnym oddaniem, zwalczająca Jankesów, pożar, głód, biedę, opinię publiczną i nawet ukochaną rodzinę. Kiedy Scarlett zrozumiała, że miecz, który ją odgradzał od świata, został na zawsze złożony do pochwy, uczuła, że odpływa z niej odwaga i wiara w siebie.” – jak się okazuje, to nie miłość do Ashleya, ale miłość Melanii wzniecała w Scarlett odwagę, bunt przeciwko światu i chęć walki, wszystko zawierało się w niepozornej osóbce Melanii Hamilton, kroczącej za Scarlett niczym cień, anioł stróż. Scarlett natomiast za późno zrozumiała, że kocha Melę ponad życie. Moim zdaniem to właśnie Mela jest postacią najbardziej godną szacunku i podziwu. Prawdziwa dama, lojalna, dumna, szczęśliwa w tym co ma, bezgranicznie oddana bliskim.

Ashley Wilkes to urodzony dżentelmen, trzymający się kurczowo swoich czasów i nie potrafiący przystosować się do nowego porządku świata; najbezpieczniej czuje się w świecie swoich marzeń . Wydaj się być człowiekiem stworzonym do usługiwania damom, zarządzania wielkim majątkiem. Gdy go poznajemy jest człowiekiem spokojnym, bardziej niż wystawianie bali interesują go książki, podróże i filozofia, jednak z biegiem akcji i w skutek zmian, które zachodzą w jego otoczeniu, Ashley traci swój urok, zaczyna tracić również energię i wiarę. Wiarę w to, że kiedykolwiek przywyknie do nowych czasów, do nowego sposobu życia. Muszę przyznać,że Ashley Wilkes to dla mnie postać dość zaskakująca i odebrałam go pozytywnie. Spokojny, ustatkowany, jest zupełnym przeciwieństwem Scarlett, a mimo wszystko dziewczyna go pociąga, podziwia jej temperament i wolę walki, wolę życia. Długo nie potrafi przyznać się przed sobą, że pożąda jej i jednocześnie nie może się do niej zbliżyć, stawiając na pierwszym miejscu swoją dumę i kodeks honorowy. Dopiero po wielu latach z Melanią i Scarlett u boku, zaczyna rozumieć, że to nie miłość, że od samego początku kochał Melanię, że to Mela jest jego marzeniem. Bohater przechodzi wewnętrzną zmianę, jednak nie jest to zmiana na lepsze jak w przypadku Scarlett. Ashley nie potrafi unieść ciężaru jaki niesie ze sobą nowy porządek świata. Ashley Wilkes jest dokładnym odzwierciedleniem upadku Południa, dowodem na to, że tacy ludzie nie przetrwają.

Rhett Butler z kolei jest przeciwieństwem Ashleya. Notoryczny podrywacz, handlarz, przemytnik, swoim zachowaniem uwielbia szokować opinię publiczną i im bardziej jest ona zgorszona, tym bardziej Rhett zdaje się być zadowolony. Wyrachowany, pewny siebie i diabelnie inteligenty, posługujący się ironią i atakujący nią każdego, kto stanie na jego drodze. Jednocześnie dżentelmen, który potrafi oczarować wiele dam, w głębi duszy namiętny i zdolny do wielkich uczuć, o których niestety nie ma zwyczaju ani ochoty mówić. Wydawałoby się, że Rhett jest człowiekiem nieustraszonym, jednak okazuje się, że to uczucie do Scarlett jest jego główną obawą. Nie potrafi długo wyznać prawdy, w obawie przed manipulacją, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że Scarlett szybko nauczyłaby się wykorzystywać jego uczucie. Ciągle stojący w cieniu Ashleya, nie potrafi pogodzić się z faktem, że miłość jego życia nie jest mu oddana i prawdopodobnie nigdy nie będzie; upokorzony i zgnębiony popada w coraz większy cynizm. Rhett to postać mądra, surowa, silna. Jego główną cechą zdaje się być szczerość. Szczerość, która była w tamtych czasach mało popularna, jeśli nie traktowana jako coś negatywnego. Mimo to Rhett był szczery do bólu i tę cechę cenił najbardziej w innych. Na pierwszym planie stawiał dobro bliskich, potrafił dla nich zrobić wszystko: zrezygnować z majątku, ze swoją złą reputacją, przestał nawet zionąć niechęcią do starych matron Konfederacji, po to tylko aby zapewnić dobrą przyszłość swojej ukochanej córeczce, Bonnie. Jedynie on zauważa i docenia Melanię, widzi to, jak wielką damą i dobrym człowiekiem jest. Butler walczył o przetrwanie swojej rodziny bardzo długo, nie poddał się, ale przegrał. I to właśnie jest tragiczne w tej postaci, bo wydaje mi się, że najciężej patrzeć na to jak tak silna osoba doznaje porażki i traci to, co kocha. Kiedy do Scarlett w końcu dociera fakt, że kocha Rhetta, nie Ashleya – jest już za późno, Rhett bowiem jest cieniem samego siebie, wrakiem, który nie chce dłużej tkwić dłużej w miejscu. Stracił zainteresowanie swoim bogactwem, kontaktami z innymi ludźmi, interesami, polityką, żoną. Słynne słowa, które wypowiada do Scarlett, gdy ta pyta co się z nią teraz stanie („Kochanie, nic mnie to nie obchodzi.”) są nie tylko odpowiedzią na jej pytanie, ale odnoszą się do całego życia Rhetta. Od teraz bohater chce odnaleźć spokój, aby znów móc stanąć na nogi.

Wielkim atutem książki jest też wątek wojny, dokładnie opisany. Powodem wojny jest wybór na prezydenta Lincolna. Południe nie ma zamiaru podporządkować się Północy, wybiera na prezydenta Jeffersona Davis’a, następnie atakuje Unię. Wojna rozpętuje się na dobre. Północ ma znaczną przewagę, widoczną od razu, jednak wszyscy Konfederaci są przekonani, że to Południe wygra wojnę. Dumni, zaślepieni pychą, nie widzą, że ich szanse są nikłe, zaciągają się do wojska, wciąż mówią tylko o Sprawie. Zdawać by się mogło, że wśród bohaterów tylko dwoje ludzi zna prawdę, Ashley i Rhett. Mimo to każdy z nich postępuje inaczej: Ashley wie, jak małe szanse ma Konfederacja, mimo to od razu zaciąga się do wojska, by ciężko walczyć za Sprawę; Rhett – uważa to za głupotę, zbija fortunę na handlu podczas wojny, śmiejąc się w twarz swoim sąsiadom, jednak w ostatnim roku walk również decyduje się iść na front.

Wojna zmienia zupełnie wszystko. Bogaci plantatorzy nagle tracą majątki, domy, niewolników. Kobiety są pozostawione same w domu, z dziećmi, gdy tymczasem mężczyźni walczą bądź dochodzą do siebie w szpitalach. Atlanta zostaje prawie zmieciona z powierzchni ziemi, po wojnie jednak znów szybko się odbudowuje. Dumni Południowcy są zmuszeni poddać się przed Jankesami i starają się wieść w miarę normalne życie, tęsknie wspominając dawne czasy. Z dużym szokiem spotyka się też decyzja o nadaniu niewolnikom wolności, czego czasem i sami zainteresowani wcale nie chcą przyjąć. Nagle okazuje się, że już nie są własnością swoich panów, że są wolni i mogą zrobić co tylko chcą, ale wydaje się, że nie bardzo wiedzą co. Północ „uwolniła” niewolników, po czym umyła ręce, pozostawiając ich samych sobie. Zdawać by się mogło, że dotychczas znany wszystkim świat stanął nagle na głowie.

Południe i jego zwyczaje, stara cywilizacja przeminęła z wiatrem.

Naprawdę polecam tę książkę serdecznie wszystkim. Przesłodzona historia? Kiepskie romansidło? Zdecydowanie nie, jest to książka idealna i dla ludzi, którzy cenią sobie książki przygodowe, i dla ludzi, którzy cenią sobie książki historyczne, a także dla tych, którzy lubią subtelne historie romantyczne. Bo właśnie taka jest ta książka – z jednej strony subtelna i delikatna, a z drugiej prawdziwa, rzeczywista. Myślę, że każdego prędzej czy później wciągną losy Scarlett, Rhetta, Meli i Ashleya i że każdy pokocha te wszystkie postaci tak bardzo, jak ja.

W końcu… jutro jest przecież nowy dzień

Tytuł: „Dziewczyna z sąsiedztwa”

Autor: Jack Ketchum

Wydawnictwo: Papierowy księżyc

Liczba stron: 307

Ocena: 10/10

„Wydaje ci się, że wiesz co to ból?”

(David)

Muszę przyznać, że Jack Ketchum to autor, z którego książkami spotkałam się po raz pierwszy przy czytaniu „Dziewczyny z sąsiedztwa”, większą styczność miałam raczej z filmami opartymi na jego dziełach. Jednak jestem zadowolona, że miałam okazję zetknąć się z tym pisarzem.

Sam autor zanim zaczął pisać, imał się wszelkich zawodów. Jak mówi informacja zawarta na okładce, pisarz zajmował się swego czasu aktorstwem, był też piosenkarzem, nauczycielem i sprzedawcą. Jednak to pisanie właśnie przyniosło mu największą sławę, a spośród jego powieści aż cztery doczekały się przeniesienia na taśmę filmową. Wydaje mi się, że twórczość pisarską Jacka Ketchuma idealnie podsumował Stephen King – „Kto jest najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Prawdopodobnie Jack Ketchum”. Po lekturze „Dziewczyny z sąsiedztwa” jestem skłonna mu uwierzyć.

Historia mogłaby się wydawać banalna, gdyby nie udział dzieci. Oto mamy jedną z dzielnic wielkiego miasta, na której to wszyscy sąsiedzi doskonale się znają. Ich dzieci bawią się ze sobą codziennie, wszyscy znają się prawie od zawsze, nikt nie fatyguje się zamykaniem drzwi na klucz w obawie przed włamaniem. Ponieważ jest to jedna ze spokojniejszych ulic, poza tym któż mógłby chcieć okraść sąsiada?

Mamy też głównego bohatera, Davida. David jest zwyczajnych chłopcem wychowujących się w latach 50. XX wieku. Jak przystało na dwunastolatka interesują go gry, wesołe miasteczka, dziewczyny; pociąga to co zakazane – papierosy, piwo i Playboy. David zna okolicę na pamięć, a z dzieciakami mieszkańców wychowywał się od dziecka. Wydaje się, że jego świat jest taki sam jak świat każdego z dzieciaków mieszkających po sąsiedzku. Jednak wszystko zmienia się diametralnie w momencie, gdy do domu jego najlepszego przyjaciela wprowadzają się dwie siostry, Meg i niepełnosprawna Susan. Dziewczyny straciły rodziców w wypadku samochodowym i trafiły pod opiekę jedynych krewnych, Ruth Chandler i nastoletnich jej synów – Woofera, Williego i Donny’ego. Od tego momentu życie dziewczynek zmienia się w prawdziwy koszmar, ale najgorsze, najbardziej szokujące zdarzenia mają dopiero nadejść. A najgorsze będziemy widzieli właśnie oczami Davida…

Wszystkie opinie na temat książki, z którymi się dotychczas spotkałam, krzyczą: przerażająca, straszna! A mnie nie pozostaje nic innego jak się z tym zdaniem zgodzić. Śmiało mogę powiedzieć, że w życiu nie czytałam niczego tak przerażającego. Mimo że książeczka wygląda niepozornie i cała akcja mieści się jedynie na 300 stronach, to historia poraża. Jesteśmy bowiem świadkami czegoś okrutnego, tego jak zwykli ludzie potrafią przerodzić się w bestie bez uczuć. To tak jakby oglądać przepoczwarzanie się motyla znów w larwę, w obrzydliwą, ohydną, odpychającą larwę, którą z pewnością jest Ruth, opiekunka dziewczynek.

Normalna rodzina nagle staje się katem dla dwóch dziewczynek, których winą jest jedynie fakt, że są kobietami. Że są młode, piękne, pełne życia. To wystarczy, żeby rozjuszyć Ruth i wywołać w niej nienawiść do przybyszów, co gorsza zaraża ona tym uczuciem własne dzieci i dzieciaki sąsiadów. Wszyscy zamieniają życie niewinnych, bezbronnych dziewczynek w piekło, czerpiąc z tego chorą radość i przyjemność. Przerażające i zwalające z nóg jest to, że mnóstwo osób wie o cierpieniu Meg i jej siostry, wiele osób wie co dzieje się za murami domu, w ciemnej i śmierdzącej piwnicy, a mimo to zupełnie nikt nie reaguje, nikt nie próbuje pomóc nastolatkom. Jednak jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że wszystkich obrzydliwych czynów dopuściły się  nastoletnie dzieciaki pod wodzą Ruth.

Myślę, że warto przybliżyć tu sylwetki głównych bohaterów, ponieważ od momentu przeczytania książki, nie mogę przestać zadawać sobie pytania: jak mogło dojść do tego wszystkiego? Wydaje mi się, że odpowiedź tkwi w postaci Ruth. Na początku mamy wrażenie, że Ruth jest swego rodzaju wyrocznią dla dzieciaków z sąsiedztwa, że im imponuje. Pali, przeklina, częstuje dzieci piwem, rzucając przy tym porozumiewawcze hasło „To zostaje między nami!”, imponuje również Davidowi, który mnóstwo czasu spędza w jej domu. Wyraźnie widzimy, że ma ona wielki wpływ na ludzi. Jednak coś zmienia się w Ruth po zetknięciu z dziewczynkami. Staje się wobec nich agresywna, nienawistna, wulgarna, pozostając przy tym nadal dawną Ruth dla „swoich” dzieciaków. To ona daje przyzwolenie na torturowanie dziewczynek, ona zachęca dzieci do wyrządzenia krzywdy nastolatkom. Sprawia jej to wyraźną przyjemność, w dodatku kieruje nią chora myśl, że dziewczęta są skalane, brudne, że myślą wyłącznie o seksie, że powinna je za to karać, aby wyrosły na porządne osoby. Wydaje się jej, że wyświadcza tym przysługę dziewczynką, w rzeczywistości jednak sprawia im ból, cierpienie. Ruth z biegiem akcji zmienia się coraz wyraźniej – zaczyna nią kierować prawdziwa złość, brutalność, agresja. Nie jest już zupełnie tą osobą, którą wszyscy znali, zmieniła się. Mimo to dzieciaki tego nie widzą i wypełniają każde jej chore życzenie, każdą wizję.

Z drugiej strony mamy Davida i Meg. David przez bardzo długi czas jest obserwatorem, bierze bierny udział we wszystkim, co spotyka siostry. Nie może zrozumieć dlaczego targają nim sprzeczne uczucia, w końcu dorosły na wszystko to dał swoją zgodę, a dorosły zawsze wie najlepiej. A oni są przecież tylko dziećmi, więc skoro dorosły na to pozwala, zachęca, to ich czyny wcale nie są takie złe. Poza tym przecież to Ruth, którą tak dobrze zna. Owszem, lubi czasem zakląć siarczyście i częstuje go piwem, ale przecież nigdy  nie chciała nikogo skrzywdzić, to tylko Ruth. Chłopak próbuje usprawiedliwić wszystko, co się dzieje wokół niego. Odcina się od tego, gdy sumienie coraz bardziej daje o sobie znać, gdy dochodzi do głosu poczucie winy i tego, że jednak dzieje się coś złego. Chłopakiem targają sprzeczne uczucia – z jednej strony  darzy Meg nieśmiałym uczuciem, lubi ją, z drugiej wmawia sobie, że Meg musiała coś zrobić Ruth, skoro ta tak się na nią „zdenerwowała”. Dopiero z biegiem czasu i z coraz to wymyślniejszymi torturami, chłopak zaczyna rozumieć, że coś jest nie tak, że tak naprawdę nie znał nigdy Ruth i jej synów, że są obcymi mu bestiami. Czy David pomoże Meg i Susan? Przez większą część książki towarzyszyła mi złość nie tylko na Chandlerów, ale przede wszystkim na Davida, na jego bierność, na fakt, że nigdy nikogo nie zawiadomił o przestępstwie, choć widział wszystko. Pod koniec jednak te uczucia znikają. Na całe szczęście.

Megan i Susan. Nastolatki po przejściach, straciły rodziców, poważnie ucierpiały po wypadku, w dodatku musiały przeprowadzić się i przenieść do domu nieznanej krewnej. Mimo że nie sprawiały kłopotów nowej rodzinie, instynktownie wyczuwały, że coś jest nie tak, że nowa rodzina ich nienawidzi. Nie mogły pojąć dlaczego, jaki jest tego powód. Mimo cierpienia jakiego doznawały każdego dnia, były silne i nieugięte, dumne. W dodatku miały siebie, jedyne o co warto było walczyć. Kiedy przyglądałam się temu, jak siostry się o siebie martwią, jak wzajemnie o siebie dbają w tym piekle, naprawdę czułam wzruszenie. I podziw. Podziwiałam to, jak bardzo były ze sobą blisko, że nie obwiniały jedna drugą o całą sytuację, nie wyładowywały się na sobie, łączyło je czyste uczucie – siostrzana miłość, która gotowa była znieść wszystko.

Chciałabym też zwrócić uwagę na dzieciaki, które brały udział w „dziele” Ruth. Otóż od zawsze jestem zdania, że to rodzice w większej mierze kształtują charaktery swoich dzieci, że to jacy jesteśmy zawdzięczamy wychowaniu. Ta książka niejako potwierdza moją opinię. Mamy garstkę dzieci, które z jednej strony są pozostawione sobie, jak David. Jego rodzice są zbyt zajęci własnymi problemami, rozwodem. W efekcie tego chłopiec izoluje się i uodparnia na rzeczy „złe”, buduje mur między sobą a rzeczywistością. Mamy też inne modele rodzin, jak na przykład rodzina Eddiego i Denise, gdzie główne skrzypce grał ojciec awanturnik, bijący bez opamiętania żonę i dzieci, czym doprowadził do wrzącego w nich gniewu i bestialstwa. Jest też rodzina zagorzałych katolików, którzy życzą śmierci każdej „puszczalskiej” dziewczynie i uważają, że matka ma święte prawo przyłożyć swoim dzieciom. To właśnie chore poglądy rodziców sprawiają, że dzieci wypaczają rzeczywistość, są pozbawione empatii i współczucia.

Muszę przyznać, że czas spędzony nad lekturą „Dziewczyny z sąsiedztwa” uważam za spędzony produktywnie. Książka poruszyła mną do głębi, wywołała, sprowokowała cały wachlarz emocji – od nienawiści, do współczucia, po satysfakcję. Jesteśmy świadkami narodzin zła, bezradności ofiary, nadejścia sprawiedliwości. Dzięki zabiegom autora jesteśmy świadkami całego zdarzenia,na które patrzymy oczyma nastoletniego Davida, jesteśmy tylko biernymi obserwatorami, co doprowadza niemal do szału. Brak tu zbędnych opisów i postaci, ważna jest historia i jej uczestnicy.

Naprawdę polecam tę książkę tylko osobom o mocnych nerwach, ponieważ muszę przyznać się do tego, że momentami musiałam odłożyć ją na półkę. Ogrom przemocy, brutalności i cierpienia po prostu przytłaczał, sprawiał że chodziłam w posępnym nastroju nawet sobie nie zdając z tego sprawy! Rzeczywiście mocna, przerażająca, pozostająca w pamięci – tak opisałabym tę historię.

Myślę, że książka dowodzi tezie, że to właśnie człowiek jest największą, najstraszniejszą bestią zamieszkującą Ziemię.

A jako ciekawostkę, zachęcam do przeczytania tego, jest to historia prawdziwej dziewczyny z sąsiedztwa, na podstawie której powstała książka Jacka Ketchum’a: Prawdziwa Dziewczyna z Sąsiedztwa

Tytuł: „Wszystko dla pań”

Autor: Emil Zola

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Liczba stron: 426

Ocena: 10/10

„W handlu człowiek musi kłamać i oszukiwać, ale nazywa się to inaczej. I to jest właśnie ważne.”

John Steinbeck

 Mówi się, że nie tylko pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, że z książką można się również zaprzyjaźnić, można ją pokochać i przywiązać się bardziej, niż do niejednej osoby. A im starsza książka, bardziej zniszczona,  bardziej wysłużona, tym bardziej sentymentalną wartość ma. Rozglądając się po swojej kolekcji znajduję tę najbardziej zniszczoną, która służyła mi całymi latami. Pozbawiona okładki, z luźnymi, wypadającymi kartkami, stanowi dla mnie największy skarb. Mogę śmiało stwierdzić, że „Wszystko dla pań” jest tą książką, do której chętnie wracam i która mimo swoich braków, stanowi dla mnie symbol największej wartości.

Długo nie miałam pojęcia, kim właściwie jest Emil Zola, dopóki w domowej starej biblioteczce nie odkryłam tajemniczej książki bez okładki. Dopiero po latach zainteresowałam się tym francuskim pisarzem, głównie z powodu jego cyklu Rougon-Macquartowie, który miał być rozległym opisem francuskiego społeczeństwa i przemian, które w nim zachodziły na przestrzeni lat. W skład cyklu wchodziło dwadzieścia powieści, poświęconych takim tematom jak przebudowa Paryża, sądownictwo czy handel i problem przemian w nim zachodzących, o czym mówi właśnie „Wszystko dla pań”.

Główną bohaterką powieści jest Denise Baudu – młoda, niedoświadczona i naiwna dziewczyna. Denise po stracie rodziców musi zaopiekować się dwoma młodszymi braćmi, dlatego też – chcąc zapewnić im dobre wykształcenie, dach nad głową i jako taką przyszłość – wyrusza z prowincji do centrum Paryża i pewnego dnia staje przed drzwiami swojego stryja, który jest właścicielem małego sklepiku z galanterią.

Oktaw Mouret to pełen fantazji, siły i energii młody przedsiębiorca, który dzięki swojej pomysłowości szybko rozbudowuje wielobranżowy sklep „Wszystko dla pań”, niszcząc powoli konkurencję. Mouret nie tylko powiększa sklep i wspiera go finansowo, ale również śmiało wdraża w życie swoje plany, nie bojąc się wyjść na przód oczekiwaniom konsumentów. Mężczyzna czerpie z życia przyjemności, nie stroni również od kobiet, choć traktuje je przedmiotowo – według niego dostarczają one zysków dla magazynu oraz umilają samotne wieczory.

Losy obojga bohaterów splatają się jednak w momencie, gdy Denise dostaje pracę w magazynie „Wszystko dla pań” jako ekspedientka. Początkowo dziewczyna nie potrafi przyzwyczaić się do nowej sytuacji – 13 godzin ciężkiej pracy dziennie, kiepskie warunki zakwaterowania oraz jeszcze gorsze wyżywienie i konflikty wśród innych pracowników sprawiają, że Denise czuje się zagubiona i słaba. Niedługo jednak odkrywa, że aby przetrwać w wielkim domu handlowym, musi być pewna siebie, odważna i twarda. W dodatku właściciel magazynu, Mouret, coraz częściej zdaje się zauważać drobną Denise, a i on nie jest jej obojętny choć pozorny chłód dziewczyny doprowadza go do rozpaczy i wewnętrznych rozterek.

Książka jest dla mnie wyjątkowa z dwóch powodów. Pierwszym z nich są bohaterowie. Nie ma w ich zachowaniu przesadzonego romantyzmu, wszystkie postaci są prawdziwe. Mamy delikatną Denise, dziewczynę z prowincji, która tak naprawdę długo nie ma pojęcia jakimi prawami rządzi się machina handlu i wielkie domy mody. Mamy Moureta, wizjonera, który dzięki swoim, bardzo śmiałym jak na tamte czasy, pomysłom buduje potężny dom handlowy, który dumnie pręży się w paryskim słońcu, pozostawiając w cieniu mniejszych prywatnych kupców i ich sklepiki. Mamy stryja głównej bohaterki i jego najbliższych, rozpaczliwie próbujących podtrzymać rodzinny interes, jednocześnie pałających nienawiścią do Moureta i wszystkich jego pokroju. Mamy też szereg innych, mniej lub bardziej, istotnych postaci, które zapadają nam w pamięć. A wszyscy ci bohaterowie są ze sobą nieświadomie połączeni tym, czego jednocześnie nienawidzą i kochają – handlem.

Drugim powodem wyjątkowości tej książki jest fakt, że cała historia miłosna jest jakby tylko tłem dla czegoś większego. Jesteśmy bowiem świadkami narodzin czegoś potężnego – narodzin nowego handlu, który rozwija się niesamowicie szybko i tratuje na swojej drodze wszystkich tych, którzy nie potrafią się dostosować do jego tępa. Oto na naszych oczach powstaje coś nowego. Drobne sklepiki, przedsiębiorcy i sprzedawcy poddają się pod naporem wielkich, szybko powstających i spełniających wszelkie zachcianki klientów domów handlowych. Klientka nie musi już zaopatrywać się w suknię w jednym sklepie, w buty w drugim, a w kapelusz w trzecim. Od teraz ma to i jeszcze więcej tuż pod swoim nosem, w jednym miejscu. W miejscu tętniącym życiem i rządzącym się własnymi prawami – w olbrzymim domu handlowym. Na naszych oczach powoli dochodzi do upadku małych, drobnych sklepików i przedsiębiorstw, które natychmiast są zastąpione oromnymi, pełnymi przepychu galeriami. Widzimy jak desperacko prywatni kupcy próbują ratować swój dobytek, interes, który nie rzadko jest całym ich życiem. Z jednej strony – tak jak Denise – patrzymy ze współczuciem na ich upadek, z drugiej zaś widzimy wyższość domów handlowych, widzimy, że nie warto oglądać się za siebie. Życie i rozwój polega na ciągłym dążeniu do celu, na podążaniu do przodu, przed siebie. Tak też jest również z handlem.

Poza tymi walorami, książka może zjednać sobie czytelników również spokojną akcją, która mimo że powoli posuwa się na przód, to nie nudzi i nie zniechęca do czytania, nie ma zbędnych, przydługich i nudnawych opisów . Język użyty przez autora jest jak najbardziej przyjazny i nie przesadzony, treść bardzo łatwo się przyswaja, a historia wydaje się być spójna. Bardzo pozytywne odczucia wywołało u mnie połączenie dwóch, bardzo ważnych, wątków – miłość między Denise i Mouretem oraz rozwój i wielki sukces nowej polityki handlu.

Uważam, że książka jest wyjątkowa. Być może nie jest historią o modnych teraz wampirach czy innych tego typu bytach, może nie jest też napisaną z rozmachem powieścią o wielkiej, mniej lub bardziej, szczęśliwej miłości, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę. Jest w niej bowiem coś takiego, co wciąga niesamowicie, a najlepszym tego przykładem jest moja osoba, gdyż z ręką na sercu wyznaję, że wcale nie jestem fanką tego typu literatury. Mimo to pokochałam tę opowieść i zawsze będę wdzięczna autorowi, za to, że pozwolił mi spojrzeć na rozwijający się dynamicznie Paryż, na szybko powstające wielkie galerie, na problemy małych sklepikarzy – problemy, o których istnieniu być może wiedziałam, ale nigdy się nimi nie interesowałam, nie przejmowałam.

Naprawdę szczerze polecam tę książkę nie tylko fanom tego typu powieści, ale wszystkim tym, którzy szukają jednocześnie subtelnej historii o miłości i historii o wielkich zmianach zachodzących w społeczności oraz sposobie postrzegania przez nią wielu spraw.