Archiwum dla Grudzień, 2011

08. – Sylwestrowo/noworocznie.

Posted: 31 grudnia 2011 in Różne
Tagi: ,

Jako że dziś o północy pożegnamy bieżący rok, a powitamy ten nowy, 2012, chciałam życzyć wszystkim blogerom aby ten nowiutki rok był jeszcze lepszy niż jego poprzednik. Aby te marzenia, które jeszcze nie zdążyły się spełnić stały się rzeczywistością w ciągu trwania nowego roku. Aby wszystkie smutki i problemy pozostały w tyle i abyśmy nabrali do nich dystansu. Aby rok 2012 uświadomił nam, że w życiu liczą się tylko chwile, bo to one są najpiękniejsze. Życzę również aby każdy mógł odnaleźć szczęście, spokój i spełnienie 🙂

Sobie natomiast życzę, aby ten nowy rok był tak świetny jak ten poprzedni, albo nawet jeszcze lepszy! Życzę sobie wytrwałości w pokonywaniu problemów, zawsze dobrego humoru i cierpliwości w prowadzeniu bloga 🙂

Szczęśliwego Nowego Roku, kochani!

Tytuł: „Przeminęło z wiatrem”

Autor: Margaret Mitchell

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 879

Ocena: 10+/10

„Świat cały nie zdoła nas pokonać, gubimy się jednak sami przez zbyt mocne pragnienie rzeczy, których już nie posiadamy – i przez zbyt uporczywe życie wspomnieniami”

[babcia Fontaine]

Parą lat temu, przeskakując pilotem po kanałach telewizyjnych natrafiłam na film, który na długo utknął mi w pamięci, a dewiza głównej bohaterki została przeze mnie niejako zaadoptowana. Historia taka bardzo mnie wciągnęła, że pamiętałam ją latami, nie zdając sobie sprawy z tego, że film powstał w oparciu o książkę! Pewnego dnia jednak natknęłam się na opasły tom w lokalnej bibliotece i wtedy właśnie pierwszy raz usłyszałam o Margaret Mitchell.

Ta, nagrodzona Nagrodą Pulitzera, pisarka urodziła się 8 listopada 1900 roku w Atlancie, gdzie przebywała aż do swojej śmierci. Dwukrotna mężatka, kobieta wykształcona. Pisarstwem zajęła się, gdy choroba przykuła ją do łóżka. Jej najsławniejsza powieść „Przeminęło z wiatrem” powstawała w ciągu dziesięciu lat, a wydana została w roku 1936. W tym samym roku pisarka sprzedała prawa do sfilmowania swojego dzieła za 50 000 dolarów. W późniejszych latach zajmowała się głównie akcjami charytatywnymi, zaangażowała się w ruch afro-amerykański na rzecz praw czarnych w Atlancie, pomagała podczas II wojny światowej w różnych szpitalach. Zginęła 11 sierpnia 1949 roku, potrącona przez pijanego taksówkarza. Muszę przyznać, że nigdy nie żałowałam bardziej niczyjej śmierci, niż właśnie Margaret Mitchell, gdyż mogła stworzyć kolejne, równie wciągające i cudowne powieści.

Historia zaczyna się w roku 1861. Scarlett O’Hara jest dumną i rozpieszczoną córką Geralda i Ellen O’Hara, plantatorów z Georgii. Dziewczyna, choć zdaje się być flirciarą, której sprawia przyjemność odbijanie narzeczonych innym pannom, potajemnie kocha Ashleya Wilkesa. W skutek pewnych zdarzeń dowiaduje się nagle, że jest on zaręczony ze swoją kuzynką, Melanią Hamilton. Na przekór wszystkim, nie mogąc opanować zazdrości i wściekłości, wychodzi za brata Melanii, by po krótkim czasie zostać wdową. W tym samym czasie wybucha wojna secesyjna, która zmusza główną bohaterkę do przeprowadzenia się do Atlanty, gdzie spotyka dawnego znajomego, Rhetta Butlera, z którym flirtuje mimo tego, że darzy go nienawiścią a zarazem sympatią. Wkrótce wojna wybucha na dobre, a mieszkańcy Południa zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że dla nich wojna jest przegrana. Tracą swoje majątki, słowo Konfederatów przestaje się liczyć, niewolnictwo zostaje zniesione. Po zderzeniu z nowym porządkiem, po doznaniu biedy i zimna, Scarlett obiecuje sobie, że jej głównym celem od tej pory jest ratowanie Tary, rodzinnego majątku i że dla tej sprawy gotowa jest poświęcić wszystko – honor, przyjaźń, dumę, a nawet miłość. Od tej chwili podążamy za losami Scarlett i jej bliskich, jesteśmy też światkami tego, jak zmienia się jej uczucie do Ashleya, Melanii, a przede wszystkim do Rhetta.

Z ręką na sercu mogę przyznać, że „Przeminęło z wiatrem” to najlepsza powieść jaką dane mi było czytać. Jestem zupełnie zauroczona nie tylko losami Scarlett, ale historią wojny secesyjnej i przemian jakie zaszły w Ameryce.przekonałam się na własnej skórze, że książka ta to nie tylko najpiękniejsza historia miłosna wszech czasów, ale również wspaniale opisane losy Południa, jej mieszkańców, zwyczajów tam panujących, kwestii niewolnictwa czy choćby sposobu życia w tamtych czasach. Ponadto jest to prawdziwa uczta dla tych, którzy podziwiają kunszt pisarki najwyższych lotów, co mogę z pewnością powiedzieć na temat talentu Margaret Mitchell.

Język książki jest przystępny, przyjazny, bez zbędnych – często psujących harmonię utworu – upiększeń czy udziwnień. Historia płynie gładko, jest spójna, a zdarzenia są tak rzeczywiste i – wydawać by się mogło- bliskie naszym czasom, że wydajemy się wręcz wciągnięci w ich wir. Postaci, które wykreowała pisarka są wyraziste, żywe, pochłaniające całą naszą uwagę. W dodatku wywołują bardzo silne uczucia-  od nienawiści, po miłość i współczucie. W tym wszystkim nie mogło zabraknąć opisów wojny, relacji zdawanych z sytuacji wynikającej z danych wydarzeń. Czytelnik zostaje rzucony w centrum akcji, jest świadkiem sporu między Północą a Południem, między poglądy dotyczące niewolnictwa.

„Mechanizm każdego człowieka działa inaczej”

[Will]

Wydaje mi się, że głównym atutem książki są jej bohaterowie. Scarlett O’Harę poznajemy na samym wstępie i jesteśmy świadkami, tego co dzieje się z bohaterką w ciągu całej powieści. Początkowo jawi się jako dziewczę puste, ale zarazem inteligentne, o wielkim temperamencie; jej życiową dewizą są słowa „Pomyślę o tym jutro; juro będę się tym martwić”. Od początku zdajemy sobie sprawę, że Scarlett nie potrafi  podporządkować się ogólnie przyjętym zasadom, buntuje się, staje się „czarną owcą” towarzystwa, choć nikt z dobrze wychowanych przyjaciół nie mówi tego wprost. Scarlett jest z pewnością bohaterką o bardzo ludzkich cechach, jednocześnie jest tak daleko od bycia ideałem jak to tylko jest możliwe. Można powiedzieć, że próżność długo jest jej znakiem rozpoznawczym. Próżna, nieczuła,skłonna do wybuchów gniewu, zarozumiała, uparta, chwytająca życie takim jakie jest – tak można opisać Scarlett. Mimo że zawsze chciała być podobna do matki, kobiety spokojnej, dobrej i ułożonej, zdaje się, że z każdym dniem się od tego wizerunku oddala.

Zaskoczeniem może być fakt, że dziewczyna o tak porywczym charakterze zakochuje się w Ashleyu, mężczyźnie ciągle bujającym w obłokach, nieobecnym, spokojnym i ułożonym. prawda jest jednak taka, że bohaterka zupełnie nie rozumiała Wilkesa i dlatego przypisywała mu cechy, które chciała w nim widzieć, tworząc w ten sposób swój ideał, niestety nie istniejący w rzeczywistości. Odrzucona przez – jak jej się długo wydawało – miłość swojego życia, godzi się na małżeństwo z Charliem Hamiltonem, bratem narzeczonej Ashleya. Nie trzeba chyba wspominać jak bardzo Scarlett nienawidzi zarówno Charlesa, jak i Melanii. Nie dane jest jej „cieszyć się” małżeństwem długo – Charlie ginie na wojnie, pozostawiając po sobie wspomnienie w postaci synka, Wade’a. Wydaje mi się, że właśnie w tym momencie całe życie głównej bohaterki zaczyna się zmieniać. Wyjeżdża do Atlanty i wraz ze swoim małym synkiem zamieszkuje z Melanią i ciotką Pitty. Tam też spotyka po raz kolejny Rhetta Butlera, przemytnika i podrywacza. Po wielu perypetiach, po przeżytym ataku wojsk na Atlantę, Scarlett i Mela uciekają do domu, do Tary. Główna bohaterka zmuszona przez okoliczności, przez biedę, której smak poznała, ponownie wychodzi za mąż, oczywiście bez miłości, za to zyskując fortunę. Ciężko pracując powiększa  swój majątek, do momentu gdy traci drugiego męża. Wtedy właśnie godzi się na propozycję Rhetta – wychodzi za mąż po raz trzeci, teraz za kapitana Butlera.

Przyglądając się Scarlett, mogę przyznać, że jest to zdecydowanie jedna z tych bohaterek, które na długo zostają w pamięci. Mimo swoich wad zyskała moją miłość, pokochałam ją zupełnie, z całym inwentarzem cech jej charakteru. Z jednej strony wydaje mi się, że jest ona osobą bardzo się ode mnie różniącą, z drugiej zaś wydaje mi się, że jesteśmy do siebie bardziej podobne niż początkowo myślałam.

Scarlett działa na czytelnika w wyjątkowy sposób. Oto z jednej strony mamy denerwującą młodą kobietę, której wyborów często nie mogłam zrozumieć. Odpychało mnie to, jak traktowała swojego synka, Wade’a (był dla niej tak mało ważny, że prawie zapomniała o nim, uciekając przed Jankesami z Tary). Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie lubiła swoich sióstr, dlaczego nie potrafiła dostrzec kochającego ją serca Meli, dlaczego raniła tyle bliskich jej osób. Z drugiej strony rozumiem doskonale, że bieda i strach przed utratą tego, co dla niej najważniejsze – Tary, popychały ją do rzeczy wręcz niemożliwych. Podziwiałam ją za to, że potrafi iść przez życie z siłą, z podniesionym czołem, że zawsze walczy o swoje. Pokochałam w niej to, że za każdym razem gdy zdawało mi się, iż Scarlett się zmieniła, nagle pach! – ona znów postępowała „po swojemu”. Z przyjemnością obserwowałam bardzo powolny proces przemiany, która w niej zachodziła i kiełkowaniu miłości do Rhetta, z której istnienia bardzo długo sobie nie zdawała sprawy. Mogłabym długo opisywać Scarlett O’Harę, ale nic, żadne słowa nie oddadzą tego, jak wyjątkową postacią jest.

Jednocześnie sądzę, że na dużą uwagę zasługują również Melania, Ashley i Rhett. Melę pokochałam już na samym początku, wydawała się słodkim, spokojnym, słabym stworzeniem. Nagle jednak, w obliczu zagrożenia, okazuje się, że to właśnie Mela jest najsilniejsza, że to ona jest podporą wszystkich rodzin konfederatów, że jest podporą Scarlett, o której ta druga nie zdawała sobie sprawy bardzo długo. Melania kocha Scarlett prawdziwym, gorącym uczuciem, takim samym, jakim darzy swojego męża Ashleya. Z pozoru wydaje się osobą delikatną i słabą, ale w rzeczywistości jest odważna, dumna, a jej siłą i bronią jest miłość. Miłość tak czysta, że zasługująca niemalże na cześć. „Teraz, patrząc ze smutkiem w przeszłość, Scarlett zrozumiała, że Melania zawsze stała u jej boku z szablą w dłoni, nieodstępna jak cień, kochająca ją, walcząca za nią ze ślepym, namiętnym oddaniem, zwalczająca Jankesów, pożar, głód, biedę, opinię publiczną i nawet ukochaną rodzinę. Kiedy Scarlett zrozumiała, że miecz, który ją odgradzał od świata, został na zawsze złożony do pochwy, uczuła, że odpływa z niej odwaga i wiara w siebie.” – jak się okazuje, to nie miłość do Ashleya, ale miłość Melanii wzniecała w Scarlett odwagę, bunt przeciwko światu i chęć walki, wszystko zawierało się w niepozornej osóbce Melanii Hamilton, kroczącej za Scarlett niczym cień, anioł stróż. Scarlett natomiast za późno zrozumiała, że kocha Melę ponad życie. Moim zdaniem to właśnie Mela jest postacią najbardziej godną szacunku i podziwu. Prawdziwa dama, lojalna, dumna, szczęśliwa w tym co ma, bezgranicznie oddana bliskim.

Ashley Wilkes to urodzony dżentelmen, trzymający się kurczowo swoich czasów i nie potrafiący przystosować się do nowego porządku świata; najbezpieczniej czuje się w świecie swoich marzeń . Wydaj się być człowiekiem stworzonym do usługiwania damom, zarządzania wielkim majątkiem. Gdy go poznajemy jest człowiekiem spokojnym, bardziej niż wystawianie bali interesują go książki, podróże i filozofia, jednak z biegiem akcji i w skutek zmian, które zachodzą w jego otoczeniu, Ashley traci swój urok, zaczyna tracić również energię i wiarę. Wiarę w to, że kiedykolwiek przywyknie do nowych czasów, do nowego sposobu życia. Muszę przyznać,że Ashley Wilkes to dla mnie postać dość zaskakująca i odebrałam go pozytywnie. Spokojny, ustatkowany, jest zupełnym przeciwieństwem Scarlett, a mimo wszystko dziewczyna go pociąga, podziwia jej temperament i wolę walki, wolę życia. Długo nie potrafi przyznać się przed sobą, że pożąda jej i jednocześnie nie może się do niej zbliżyć, stawiając na pierwszym miejscu swoją dumę i kodeks honorowy. Dopiero po wielu latach z Melanią i Scarlett u boku, zaczyna rozumieć, że to nie miłość, że od samego początku kochał Melanię, że to Mela jest jego marzeniem. Bohater przechodzi wewnętrzną zmianę, jednak nie jest to zmiana na lepsze jak w przypadku Scarlett. Ashley nie potrafi unieść ciężaru jaki niesie ze sobą nowy porządek świata. Ashley Wilkes jest dokładnym odzwierciedleniem upadku Południa, dowodem na to, że tacy ludzie nie przetrwają.

Rhett Butler z kolei jest przeciwieństwem Ashleya. Notoryczny podrywacz, handlarz, przemytnik, swoim zachowaniem uwielbia szokować opinię publiczną i im bardziej jest ona zgorszona, tym bardziej Rhett zdaje się być zadowolony. Wyrachowany, pewny siebie i diabelnie inteligenty, posługujący się ironią i atakujący nią każdego, kto stanie na jego drodze. Jednocześnie dżentelmen, który potrafi oczarować wiele dam, w głębi duszy namiętny i zdolny do wielkich uczuć, o których niestety nie ma zwyczaju ani ochoty mówić. Wydawałoby się, że Rhett jest człowiekiem nieustraszonym, jednak okazuje się, że to uczucie do Scarlett jest jego główną obawą. Nie potrafi długo wyznać prawdy, w obawie przed manipulacją, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że Scarlett szybko nauczyłaby się wykorzystywać jego uczucie. Ciągle stojący w cieniu Ashleya, nie potrafi pogodzić się z faktem, że miłość jego życia nie jest mu oddana i prawdopodobnie nigdy nie będzie; upokorzony i zgnębiony popada w coraz większy cynizm. Rhett to postać mądra, surowa, silna. Jego główną cechą zdaje się być szczerość. Szczerość, która była w tamtych czasach mało popularna, jeśli nie traktowana jako coś negatywnego. Mimo to Rhett był szczery do bólu i tę cechę cenił najbardziej w innych. Na pierwszym planie stawiał dobro bliskich, potrafił dla nich zrobić wszystko: zrezygnować z majątku, ze swoją złą reputacją, przestał nawet zionąć niechęcią do starych matron Konfederacji, po to tylko aby zapewnić dobrą przyszłość swojej ukochanej córeczce, Bonnie. Jedynie on zauważa i docenia Melanię, widzi to, jak wielką damą i dobrym człowiekiem jest. Butler walczył o przetrwanie swojej rodziny bardzo długo, nie poddał się, ale przegrał. I to właśnie jest tragiczne w tej postaci, bo wydaje mi się, że najciężej patrzeć na to jak tak silna osoba doznaje porażki i traci to, co kocha. Kiedy do Scarlett w końcu dociera fakt, że kocha Rhetta, nie Ashleya – jest już za późno, Rhett bowiem jest cieniem samego siebie, wrakiem, który nie chce dłużej tkwić dłużej w miejscu. Stracił zainteresowanie swoim bogactwem, kontaktami z innymi ludźmi, interesami, polityką, żoną. Słynne słowa, które wypowiada do Scarlett, gdy ta pyta co się z nią teraz stanie („Kochanie, nic mnie to nie obchodzi.”) są nie tylko odpowiedzią na jej pytanie, ale odnoszą się do całego życia Rhetta. Od teraz bohater chce odnaleźć spokój, aby znów móc stanąć na nogi.

Wielkim atutem książki jest też wątek wojny, dokładnie opisany. Powodem wojny jest wybór na prezydenta Lincolna. Południe nie ma zamiaru podporządkować się Północy, wybiera na prezydenta Jeffersona Davis’a, następnie atakuje Unię. Wojna rozpętuje się na dobre. Północ ma znaczną przewagę, widoczną od razu, jednak wszyscy Konfederaci są przekonani, że to Południe wygra wojnę. Dumni, zaślepieni pychą, nie widzą, że ich szanse są nikłe, zaciągają się do wojska, wciąż mówią tylko o Sprawie. Zdawać by się mogło, że wśród bohaterów tylko dwoje ludzi zna prawdę, Ashley i Rhett. Mimo to każdy z nich postępuje inaczej: Ashley wie, jak małe szanse ma Konfederacja, mimo to od razu zaciąga się do wojska, by ciężko walczyć za Sprawę; Rhett – uważa to za głupotę, zbija fortunę na handlu podczas wojny, śmiejąc się w twarz swoim sąsiadom, jednak w ostatnim roku walk również decyduje się iść na front.

Wojna zmienia zupełnie wszystko. Bogaci plantatorzy nagle tracą majątki, domy, niewolników. Kobiety są pozostawione same w domu, z dziećmi, gdy tymczasem mężczyźni walczą bądź dochodzą do siebie w szpitalach. Atlanta zostaje prawie zmieciona z powierzchni ziemi, po wojnie jednak znów szybko się odbudowuje. Dumni Południowcy są zmuszeni poddać się przed Jankesami i starają się wieść w miarę normalne życie, tęsknie wspominając dawne czasy. Z dużym szokiem spotyka się też decyzja o nadaniu niewolnikom wolności, czego czasem i sami zainteresowani wcale nie chcą przyjąć. Nagle okazuje się, że już nie są własnością swoich panów, że są wolni i mogą zrobić co tylko chcą, ale wydaje się, że nie bardzo wiedzą co. Północ „uwolniła” niewolników, po czym umyła ręce, pozostawiając ich samych sobie. Zdawać by się mogło, że dotychczas znany wszystkim świat stanął nagle na głowie.

Południe i jego zwyczaje, stara cywilizacja przeminęła z wiatrem.

Naprawdę polecam tę książkę serdecznie wszystkim. Przesłodzona historia? Kiepskie romansidło? Zdecydowanie nie, jest to książka idealna i dla ludzi, którzy cenią sobie książki przygodowe, i dla ludzi, którzy cenią sobie książki historyczne, a także dla tych, którzy lubią subtelne historie romantyczne. Bo właśnie taka jest ta książka – z jednej strony subtelna i delikatna, a z drugiej prawdziwa, rzeczywista. Myślę, że każdego prędzej czy później wciągną losy Scarlett, Rhetta, Meli i Ashleya i że każdy pokocha te wszystkie postaci tak bardzo, jak ja.

W końcu… jutro jest przecież nowy dzień

Tytuł: „Dziewczyna z sąsiedztwa”

Autor: Jack Ketchum

Wydawnictwo: Papierowy księżyc

Liczba stron: 307

Ocena: 10/10

„Wydaje ci się, że wiesz co to ból?”

(David)

Muszę przyznać, że Jack Ketchum to autor, z którego książkami spotkałam się po raz pierwszy przy czytaniu „Dziewczyny z sąsiedztwa”, większą styczność miałam raczej z filmami opartymi na jego dziełach. Jednak jestem zadowolona, że miałam okazję zetknąć się z tym pisarzem.

Sam autor zanim zaczął pisać, imał się wszelkich zawodów. Jak mówi informacja zawarta na okładce, pisarz zajmował się swego czasu aktorstwem, był też piosenkarzem, nauczycielem i sprzedawcą. Jednak to pisanie właśnie przyniosło mu największą sławę, a spośród jego powieści aż cztery doczekały się przeniesienia na taśmę filmową. Wydaje mi się, że twórczość pisarską Jacka Ketchuma idealnie podsumował Stephen King – „Kto jest najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Prawdopodobnie Jack Ketchum”. Po lekturze „Dziewczyny z sąsiedztwa” jestem skłonna mu uwierzyć.

Historia mogłaby się wydawać banalna, gdyby nie udział dzieci. Oto mamy jedną z dzielnic wielkiego miasta, na której to wszyscy sąsiedzi doskonale się znają. Ich dzieci bawią się ze sobą codziennie, wszyscy znają się prawie od zawsze, nikt nie fatyguje się zamykaniem drzwi na klucz w obawie przed włamaniem. Ponieważ jest to jedna ze spokojniejszych ulic, poza tym któż mógłby chcieć okraść sąsiada?

Mamy też głównego bohatera, Davida. David jest zwyczajnych chłopcem wychowujących się w latach 50. XX wieku. Jak przystało na dwunastolatka interesują go gry, wesołe miasteczka, dziewczyny; pociąga to co zakazane – papierosy, piwo i Playboy. David zna okolicę na pamięć, a z dzieciakami mieszkańców wychowywał się od dziecka. Wydaje się, że jego świat jest taki sam jak świat każdego z dzieciaków mieszkających po sąsiedzku. Jednak wszystko zmienia się diametralnie w momencie, gdy do domu jego najlepszego przyjaciela wprowadzają się dwie siostry, Meg i niepełnosprawna Susan. Dziewczyny straciły rodziców w wypadku samochodowym i trafiły pod opiekę jedynych krewnych, Ruth Chandler i nastoletnich jej synów – Woofera, Williego i Donny’ego. Od tego momentu życie dziewczynek zmienia się w prawdziwy koszmar, ale najgorsze, najbardziej szokujące zdarzenia mają dopiero nadejść. A najgorsze będziemy widzieli właśnie oczami Davida…

Wszystkie opinie na temat książki, z którymi się dotychczas spotkałam, krzyczą: przerażająca, straszna! A mnie nie pozostaje nic innego jak się z tym zdaniem zgodzić. Śmiało mogę powiedzieć, że w życiu nie czytałam niczego tak przerażającego. Mimo że książeczka wygląda niepozornie i cała akcja mieści się jedynie na 300 stronach, to historia poraża. Jesteśmy bowiem świadkami czegoś okrutnego, tego jak zwykli ludzie potrafią przerodzić się w bestie bez uczuć. To tak jakby oglądać przepoczwarzanie się motyla znów w larwę, w obrzydliwą, ohydną, odpychającą larwę, którą z pewnością jest Ruth, opiekunka dziewczynek.

Normalna rodzina nagle staje się katem dla dwóch dziewczynek, których winą jest jedynie fakt, że są kobietami. Że są młode, piękne, pełne życia. To wystarczy, żeby rozjuszyć Ruth i wywołać w niej nienawiść do przybyszów, co gorsza zaraża ona tym uczuciem własne dzieci i dzieciaki sąsiadów. Wszyscy zamieniają życie niewinnych, bezbronnych dziewczynek w piekło, czerpiąc z tego chorą radość i przyjemność. Przerażające i zwalające z nóg jest to, że mnóstwo osób wie o cierpieniu Meg i jej siostry, wiele osób wie co dzieje się za murami domu, w ciemnej i śmierdzącej piwnicy, a mimo to zupełnie nikt nie reaguje, nikt nie próbuje pomóc nastolatkom. Jednak jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że wszystkich obrzydliwych czynów dopuściły się  nastoletnie dzieciaki pod wodzą Ruth.

Myślę, że warto przybliżyć tu sylwetki głównych bohaterów, ponieważ od momentu przeczytania książki, nie mogę przestać zadawać sobie pytania: jak mogło dojść do tego wszystkiego? Wydaje mi się, że odpowiedź tkwi w postaci Ruth. Na początku mamy wrażenie, że Ruth jest swego rodzaju wyrocznią dla dzieciaków z sąsiedztwa, że im imponuje. Pali, przeklina, częstuje dzieci piwem, rzucając przy tym porozumiewawcze hasło „To zostaje między nami!”, imponuje również Davidowi, który mnóstwo czasu spędza w jej domu. Wyraźnie widzimy, że ma ona wielki wpływ na ludzi. Jednak coś zmienia się w Ruth po zetknięciu z dziewczynkami. Staje się wobec nich agresywna, nienawistna, wulgarna, pozostając przy tym nadal dawną Ruth dla „swoich” dzieciaków. To ona daje przyzwolenie na torturowanie dziewczynek, ona zachęca dzieci do wyrządzenia krzywdy nastolatkom. Sprawia jej to wyraźną przyjemność, w dodatku kieruje nią chora myśl, że dziewczęta są skalane, brudne, że myślą wyłącznie o seksie, że powinna je za to karać, aby wyrosły na porządne osoby. Wydaje się jej, że wyświadcza tym przysługę dziewczynką, w rzeczywistości jednak sprawia im ból, cierpienie. Ruth z biegiem akcji zmienia się coraz wyraźniej – zaczyna nią kierować prawdziwa złość, brutalność, agresja. Nie jest już zupełnie tą osobą, którą wszyscy znali, zmieniła się. Mimo to dzieciaki tego nie widzą i wypełniają każde jej chore życzenie, każdą wizję.

Z drugiej strony mamy Davida i Meg. David przez bardzo długi czas jest obserwatorem, bierze bierny udział we wszystkim, co spotyka siostry. Nie może zrozumieć dlaczego targają nim sprzeczne uczucia, w końcu dorosły na wszystko to dał swoją zgodę, a dorosły zawsze wie najlepiej. A oni są przecież tylko dziećmi, więc skoro dorosły na to pozwala, zachęca, to ich czyny wcale nie są takie złe. Poza tym przecież to Ruth, którą tak dobrze zna. Owszem, lubi czasem zakląć siarczyście i częstuje go piwem, ale przecież nigdy  nie chciała nikogo skrzywdzić, to tylko Ruth. Chłopak próbuje usprawiedliwić wszystko, co się dzieje wokół niego. Odcina się od tego, gdy sumienie coraz bardziej daje o sobie znać, gdy dochodzi do głosu poczucie winy i tego, że jednak dzieje się coś złego. Chłopakiem targają sprzeczne uczucia – z jednej strony  darzy Meg nieśmiałym uczuciem, lubi ją, z drugiej wmawia sobie, że Meg musiała coś zrobić Ruth, skoro ta tak się na nią „zdenerwowała”. Dopiero z biegiem czasu i z coraz to wymyślniejszymi torturami, chłopak zaczyna rozumieć, że coś jest nie tak, że tak naprawdę nie znał nigdy Ruth i jej synów, że są obcymi mu bestiami. Czy David pomoże Meg i Susan? Przez większą część książki towarzyszyła mi złość nie tylko na Chandlerów, ale przede wszystkim na Davida, na jego bierność, na fakt, że nigdy nikogo nie zawiadomił o przestępstwie, choć widział wszystko. Pod koniec jednak te uczucia znikają. Na całe szczęście.

Megan i Susan. Nastolatki po przejściach, straciły rodziców, poważnie ucierpiały po wypadku, w dodatku musiały przeprowadzić się i przenieść do domu nieznanej krewnej. Mimo że nie sprawiały kłopotów nowej rodzinie, instynktownie wyczuwały, że coś jest nie tak, że nowa rodzina ich nienawidzi. Nie mogły pojąć dlaczego, jaki jest tego powód. Mimo cierpienia jakiego doznawały każdego dnia, były silne i nieugięte, dumne. W dodatku miały siebie, jedyne o co warto było walczyć. Kiedy przyglądałam się temu, jak siostry się o siebie martwią, jak wzajemnie o siebie dbają w tym piekle, naprawdę czułam wzruszenie. I podziw. Podziwiałam to, jak bardzo były ze sobą blisko, że nie obwiniały jedna drugą o całą sytuację, nie wyładowywały się na sobie, łączyło je czyste uczucie – siostrzana miłość, która gotowa była znieść wszystko.

Chciałabym też zwrócić uwagę na dzieciaki, które brały udział w „dziele” Ruth. Otóż od zawsze jestem zdania, że to rodzice w większej mierze kształtują charaktery swoich dzieci, że to jacy jesteśmy zawdzięczamy wychowaniu. Ta książka niejako potwierdza moją opinię. Mamy garstkę dzieci, które z jednej strony są pozostawione sobie, jak David. Jego rodzice są zbyt zajęci własnymi problemami, rozwodem. W efekcie tego chłopiec izoluje się i uodparnia na rzeczy „złe”, buduje mur między sobą a rzeczywistością. Mamy też inne modele rodzin, jak na przykład rodzina Eddiego i Denise, gdzie główne skrzypce grał ojciec awanturnik, bijący bez opamiętania żonę i dzieci, czym doprowadził do wrzącego w nich gniewu i bestialstwa. Jest też rodzina zagorzałych katolików, którzy życzą śmierci każdej „puszczalskiej” dziewczynie i uważają, że matka ma święte prawo przyłożyć swoim dzieciom. To właśnie chore poglądy rodziców sprawiają, że dzieci wypaczają rzeczywistość, są pozbawione empatii i współczucia.

Muszę przyznać, że czas spędzony nad lekturą „Dziewczyny z sąsiedztwa” uważam za spędzony produktywnie. Książka poruszyła mną do głębi, wywołała, sprowokowała cały wachlarz emocji – od nienawiści, do współczucia, po satysfakcję. Jesteśmy świadkami narodzin zła, bezradności ofiary, nadejścia sprawiedliwości. Dzięki zabiegom autora jesteśmy świadkami całego zdarzenia,na które patrzymy oczyma nastoletniego Davida, jesteśmy tylko biernymi obserwatorami, co doprowadza niemal do szału. Brak tu zbędnych opisów i postaci, ważna jest historia i jej uczestnicy.

Naprawdę polecam tę książkę tylko osobom o mocnych nerwach, ponieważ muszę przyznać się do tego, że momentami musiałam odłożyć ją na półkę. Ogrom przemocy, brutalności i cierpienia po prostu przytłaczał, sprawiał że chodziłam w posępnym nastroju nawet sobie nie zdając z tego sprawy! Rzeczywiście mocna, przerażająca, pozostająca w pamięci – tak opisałabym tę historię.

Myślę, że książka dowodzi tezie, że to właśnie człowiek jest największą, najstraszniejszą bestią zamieszkującą Ziemię.

A jako ciekawostkę, zachęcam do przeczytania tego, jest to historia prawdziwej dziewczyny z sąsiedztwa, na podstawie której powstała książka Jacka Ketchum’a: Prawdziwa Dziewczyna z Sąsiedztwa

Tytuł: „Wszystko dla pań”

Autor: Emil Zola

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Liczba stron: 426

Ocena: 10/10

„W handlu człowiek musi kłamać i oszukiwać, ale nazywa się to inaczej. I to jest właśnie ważne.”

John Steinbeck

 Mówi się, że nie tylko pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, że z książką można się również zaprzyjaźnić, można ją pokochać i przywiązać się bardziej, niż do niejednej osoby. A im starsza książka, bardziej zniszczona,  bardziej wysłużona, tym bardziej sentymentalną wartość ma. Rozglądając się po swojej kolekcji znajduję tę najbardziej zniszczoną, która służyła mi całymi latami. Pozbawiona okładki, z luźnymi, wypadającymi kartkami, stanowi dla mnie największy skarb. Mogę śmiało stwierdzić, że „Wszystko dla pań” jest tą książką, do której chętnie wracam i która mimo swoich braków, stanowi dla mnie symbol największej wartości.

Długo nie miałam pojęcia, kim właściwie jest Emil Zola, dopóki w domowej starej biblioteczce nie odkryłam tajemniczej książki bez okładki. Dopiero po latach zainteresowałam się tym francuskim pisarzem, głównie z powodu jego cyklu Rougon-Macquartowie, który miał być rozległym opisem francuskiego społeczeństwa i przemian, które w nim zachodziły na przestrzeni lat. W skład cyklu wchodziło dwadzieścia powieści, poświęconych takim tematom jak przebudowa Paryża, sądownictwo czy handel i problem przemian w nim zachodzących, o czym mówi właśnie „Wszystko dla pań”.

Główną bohaterką powieści jest Denise Baudu – młoda, niedoświadczona i naiwna dziewczyna. Denise po stracie rodziców musi zaopiekować się dwoma młodszymi braćmi, dlatego też – chcąc zapewnić im dobre wykształcenie, dach nad głową i jako taką przyszłość – wyrusza z prowincji do centrum Paryża i pewnego dnia staje przed drzwiami swojego stryja, który jest właścicielem małego sklepiku z galanterią.

Oktaw Mouret to pełen fantazji, siły i energii młody przedsiębiorca, który dzięki swojej pomysłowości szybko rozbudowuje wielobranżowy sklep „Wszystko dla pań”, niszcząc powoli konkurencję. Mouret nie tylko powiększa sklep i wspiera go finansowo, ale również śmiało wdraża w życie swoje plany, nie bojąc się wyjść na przód oczekiwaniom konsumentów. Mężczyzna czerpie z życia przyjemności, nie stroni również od kobiet, choć traktuje je przedmiotowo – według niego dostarczają one zysków dla magazynu oraz umilają samotne wieczory.

Losy obojga bohaterów splatają się jednak w momencie, gdy Denise dostaje pracę w magazynie „Wszystko dla pań” jako ekspedientka. Początkowo dziewczyna nie potrafi przyzwyczaić się do nowej sytuacji – 13 godzin ciężkiej pracy dziennie, kiepskie warunki zakwaterowania oraz jeszcze gorsze wyżywienie i konflikty wśród innych pracowników sprawiają, że Denise czuje się zagubiona i słaba. Niedługo jednak odkrywa, że aby przetrwać w wielkim domu handlowym, musi być pewna siebie, odważna i twarda. W dodatku właściciel magazynu, Mouret, coraz częściej zdaje się zauważać drobną Denise, a i on nie jest jej obojętny choć pozorny chłód dziewczyny doprowadza go do rozpaczy i wewnętrznych rozterek.

Książka jest dla mnie wyjątkowa z dwóch powodów. Pierwszym z nich są bohaterowie. Nie ma w ich zachowaniu przesadzonego romantyzmu, wszystkie postaci są prawdziwe. Mamy delikatną Denise, dziewczynę z prowincji, która tak naprawdę długo nie ma pojęcia jakimi prawami rządzi się machina handlu i wielkie domy mody. Mamy Moureta, wizjonera, który dzięki swoim, bardzo śmiałym jak na tamte czasy, pomysłom buduje potężny dom handlowy, który dumnie pręży się w paryskim słońcu, pozostawiając w cieniu mniejszych prywatnych kupców i ich sklepiki. Mamy stryja głównej bohaterki i jego najbliższych, rozpaczliwie próbujących podtrzymać rodzinny interes, jednocześnie pałających nienawiścią do Moureta i wszystkich jego pokroju. Mamy też szereg innych, mniej lub bardziej, istotnych postaci, które zapadają nam w pamięć. A wszyscy ci bohaterowie są ze sobą nieświadomie połączeni tym, czego jednocześnie nienawidzą i kochają – handlem.

Drugim powodem wyjątkowości tej książki jest fakt, że cała historia miłosna jest jakby tylko tłem dla czegoś większego. Jesteśmy bowiem świadkami narodzin czegoś potężnego – narodzin nowego handlu, który rozwija się niesamowicie szybko i tratuje na swojej drodze wszystkich tych, którzy nie potrafią się dostosować do jego tępa. Oto na naszych oczach powstaje coś nowego. Drobne sklepiki, przedsiębiorcy i sprzedawcy poddają się pod naporem wielkich, szybko powstających i spełniających wszelkie zachcianki klientów domów handlowych. Klientka nie musi już zaopatrywać się w suknię w jednym sklepie, w buty w drugim, a w kapelusz w trzecim. Od teraz ma to i jeszcze więcej tuż pod swoim nosem, w jednym miejscu. W miejscu tętniącym życiem i rządzącym się własnymi prawami – w olbrzymim domu handlowym. Na naszych oczach powoli dochodzi do upadku małych, drobnych sklepików i przedsiębiorstw, które natychmiast są zastąpione oromnymi, pełnymi przepychu galeriami. Widzimy jak desperacko prywatni kupcy próbują ratować swój dobytek, interes, który nie rzadko jest całym ich życiem. Z jednej strony – tak jak Denise – patrzymy ze współczuciem na ich upadek, z drugiej zaś widzimy wyższość domów handlowych, widzimy, że nie warto oglądać się za siebie. Życie i rozwój polega na ciągłym dążeniu do celu, na podążaniu do przodu, przed siebie. Tak też jest również z handlem.

Poza tymi walorami, książka może zjednać sobie czytelników również spokojną akcją, która mimo że powoli posuwa się na przód, to nie nudzi i nie zniechęca do czytania, nie ma zbędnych, przydługich i nudnawych opisów . Język użyty przez autora jest jak najbardziej przyjazny i nie przesadzony, treść bardzo łatwo się przyswaja, a historia wydaje się być spójna. Bardzo pozytywne odczucia wywołało u mnie połączenie dwóch, bardzo ważnych, wątków – miłość między Denise i Mouretem oraz rozwój i wielki sukces nowej polityki handlu.

Uważam, że książka jest wyjątkowa. Być może nie jest historią o modnych teraz wampirach czy innych tego typu bytach, może nie jest też napisaną z rozmachem powieścią o wielkiej, mniej lub bardziej, szczęśliwej miłości, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę. Jest w niej bowiem coś takiego, co wciąga niesamowicie, a najlepszym tego przykładem jest moja osoba, gdyż z ręką na sercu wyznaję, że wcale nie jestem fanką tego typu literatury. Mimo to pokochałam tę opowieść i zawsze będę wdzięczna autorowi, za to, że pozwolił mi spojrzeć na rozwijający się dynamicznie Paryż, na szybko powstające wielkie galerie, na problemy małych sklepikarzy – problemy, o których istnieniu być może wiedziałam, ale nigdy się nimi nie interesowałam, nie przejmowałam.

Naprawdę szczerze polecam tę książkę nie tylko fanom tego typu powieści, ale wszystkim tym, którzy szukają jednocześnie subtelnej historii o miłości i historii o wielkich zmianach zachodzących w społeczności oraz sposobie postrzegania przez nią wielu spraw.

Tytuł: „Metro 2033”

Autor: Dmitrij Głuchowski

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 592

Ocena: 9/10

„Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła.”
(Chan)

Wyobraźcie sobie, że wszystko co znacie nagle przepada. Nagle znika zielona trawa, znikają słońce i niebo, a zamiast świeżego powietrza wdychacie stęchliznę. Nagle świat, który znaliście przestaje być dla was przyjaznym miejscem; musicie być czujni na każdym kroku i uważni w podejmowaniu decyzji, a wybór macie niewielki – albo się przystosować albo zginąć.

Właśnie taką post-apokaliptyczną wizję świata serwuje nam Dmitrij Głuchowski w swojej powieści „Metro 2033”. Muszę przyznać, że z owym autorem zetknęłam się po raz pierwszy całkiem niedawno i prawdopodobnie nigdy bym o nim nie usłyszała, gdyby nie zbieg okoliczności. Jako ciekawostkę, mogę napisać, że Głuchowski zaczął tworzyć wyżej wymienioną powieść już jako nastolatek, zamieszczając jej fragmenty w Internecie. Dzięki pomocy internautów książka w końcu ujrzała światło dzienne i trafiła do księgarń na całym świecie, odnosząc wielki sukces.

„Metro 2033” to opowieść o post-nuklearnej Moskwie i o losach jej mieszkańców. W skutek kolejnej wojny ze znanego nam świata nie pozostaje praktycznie nic. Wszystko zostaje zniszczone przez bomby atomowe i silne promieniowanie. Z powierzchni ziemni znikają zwierzęta, roślinność; ich miejsce natomiast zajmują zmienione przez promieniowanie potwory: zmutowane psy, ptaki, rośliny. Silne promieniowanie zabiło również bądź zmutowało większość ludzi, a ci, którym udało się przeżyć, szukają schronienia w moskiewskim metrze, które jednocześnie jest największym na świecie schronem atomowym.

Jednak moskiewskie metro nie można nazwać „domem”, który kojarzy nam się ze spokojem i bezpieczeństwem. Jest to miejsce być może tak samo nieprzyjazne, jak świat pozostawiony na górze, ponad nim.

Głównym bohaterem książki jest młody chłopak, Artem, urodzony jeszcze na powierzchni, poza korytarzami metra. Artem ze świata sprzed wojny pamięta niewiele, głównie swoją matkę – która musiała oddać go w ręce ojczyma – są to jednak raczej skrawki wspomnień.Chłopak wychowuje się  w niebezpiecznych korytarzach metra, gdzie każda stacja tworzy swoje własne państwo – miasto, swoje prawo, swój system władzy i przekonań. Tutaj każdy stara się przetrwać kolejny dzień za wszelką cenę – woda, herbata, papier toaletowy, broń i naboje są towarami deficytowymi. Jednak brak żywności i podstawowych artykułów codziennego użytku to nie jedyne zmartwienie mieszkańców stacji. Metro jest bowiem regularnie nawiedzane przez istoty wdzierające się do wewnątrz z powierzchni ziemi, ale również przez zadżumione, olbrzymie zmutowane szczury i dziwne humanoidalne istoty, nazywane „czarnymi”. Przeżycie choćby jednego dnia z pewnością nie jest łatwym zadaniem.  Dlatego też, gdy stacja WOGN jest coraz częściej atakowana przez czarnych, Artem decyduje się szukać pomocy na drugim końcu metra. Jednak wyruszając w podróż, nie zdaje sobie sprawy ile niebezpieczeństw czeka go po drodze ze strony mutantów, ale również ludzi zamieszkujących inne stacje. W ten właśnie sposób jesteśmy wciągnięci w wir wydarzeń wraz z głównym bohaterem.

Co tak naprawdę moim zdaniem urzeka w powieści? Zdecydowanie klimat. Jest to jeden z największych plusów tej historii, bowiem mogę uczciwie przyznać, że nie spotkałam się jeszcze z książką, która tak szybko wciągnęłaby mnie w swój wir. Sam pomysł przedstawienia świata po zagładzie nuklearnej jest dość intrygujący, ale umieszczenie akcji w ciasnych i ciemnych korytarzach metra, gdzie każdy szmer i odgłos zdaje się podejrzany okazał się, moim zdaniem, strzałem w dziesiątkę. Mamy dzięki temu mieszankę horroru z science – fiction, zaprawioną szczyptą surrealizmu. Z każdą przeczytaną stroną dosłownie wsiąkamy w świat metra i jego mieszkańców, dzielimy ich obawy i nadzieje, wręcz słyszymy niepokojące głosy, które słyszą i mieszkańcy.

Drugim, bardzo ważnym, plusem książki jest sam świat przedstawiony po wybuchu bomb. Nagle to nie powierzchnia ziemni jest domem ludzi, ale jej podziemia. Ciasne, zdające się wić w nieskończoność metro jest teraz domem i schronieniem setek ludzi. I mimo że nie jest to miejsce przyjazne ludziom, to – być może wyda się to dziwne – traktują je oni jak swój dom, gotowi bronić go za wszelką cenę.

Ludzie, pozbawieni światła,muszą przywyknąć do wiecznej ciemności. Muszą nauczyć się żyć bez podstawowych artykułów spożywczych, odżywiają się głównie grzybami i tym, co zdołają wyhodować na swoich stacjach. Broń, naboje do pistoletów, latarki – te przedmioty nagle okazują się najważniejsze, nikomu nie są dłużej potrzebne pieniądze. Dolary, euro, marki, złotówki, wszystko to traci znaczenie w obliczu zagłady.

Podziemia metra okazują się miejscem, gdzie ścierają się różne przekonania i ideologie. Główny bohater trafia na faszystów, komunistów, kapitalistów. Ma do czynienia nawet z satanistami. Każda stacja metra to oddzielne państwo – miasto, w którym przestrzegane jest inne prawo, władza jest sprawowana w różny sposób, a ludzie – chcą czy nie chcą – muszą się do tego przystosować.  Artem zaś trafiając w coraz to różne miejsca, analizuje zachowanie drugiego człowieka bądź sposób sprawowania władzy, poznaje nową „rzeczywistość” i niejednokrotnie zmienia swoje przekonania.

Książka napisana jest lekkim, przyjaznym językiem dzięki czemu czyta się ją bardzo szybko. Akcja rozbudowana z rozwagą – nie nudzi czytelnika, zaś staranne opisanie szczegółów sprawia, że naprawdę bardzo szybko zaczynamy wierzyć w ten nowy, post-apokaliptyczny świat. Z jednej strony powieść przedstawia historię świata po zagładzie, z drugiej serwuje nam wizję antyutopijnej rzeczywistości, w której wszyscy muszą wegetować, wątpiąc coraz bardziej w poprawę swojej sytuacji i w której los bardzo okrutnie sobie ze wszystkich drwi.

Podsumowując, uważam że jest to książka dla każdego, ponieważ znajdziemy w niej odrobinę horroru i akcji, ale nie zabraknie również głębokich przemyśleń i nostalgii. Świat ukazany w „Metrze 2033” różni się od świata znanego nam na co dzień, bowiem pod ruinami metra kryje się nie tylko zwątpienie i bezsilność, ale również strach, nienawiść, okrucieństwo – a to współczynniki, które –wydaje mi się – są pociągające dla większości z nas. Zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję również dlatego, że może być ona przestrogą dla wielu ludzi i być może zmieni sposób postrzegania świata i tego, co nas otacza.

Tytuł: „Wampir z M-3”

Autor: Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 332

Ocena: 8/10

„- Coollenowie? – zaciekawiła się Gosia. – Kto to?

– Zasrani rzeźnicy! – burknął Xawery. – Lepiej, żebyś nigdy ich nie spotkała. Wampiry sadyści! Wysysają nie ludzi, ale niewinne zwierzątka! Szczeniaczki, kotki, jagniątka, sarenki (…) Ohydni kłusownicy!”

Chyba każdy z nas spotkał się w ostatnim czasie z falą książek, filmów i seriali o bladolicych nieumarłych wysysających krew, czyli wampirach.  Jesteśmy zasypywani kolejnymi produkcjami bądź powieściami w stylu „Zaćmienia” czy „Pamiętników Wampirów”.  Jeden z moich ulubionych polskich pisarzy również poczęstował nas – kolejny poniekąd raz –  (nie) mrożącą krew w żyłach historią o wampirach, w dodatku o wampirach żyjących w ciężkich czasach PRLu. Ale z radością muszę przyznać, że Gośce Bronie, głównej bohaterce, daleko naprawdę do Belli Swan.

Andrzej Pilipiuk jest dość znanym polskim pisarzem i to pisarzem, którego powieści są naprawdę godne polecenia. Każdy, kto przeczytał  „Czarownik Iwanow” i poszukuje równie pokręconego poczucia humoru i nieprawdopodobnych wydarzeń, może śmiało sięgnąć po jedną z jego kolejnych książek – „Wampira z M-3”.

Oto na wstępie poznajemy Gośkę Bronę, nastolatkę wychowaną w realiach PRLu. Nastolatka, jak to nastolatka – lubi ładnie wyglądać, spędzać wakacje za granicą i wzdychać do plakatów Limahla. Wszystko się jednak zmienia w momencie, gdy Gośka dowiaduje się o zdradzie swojego chłopaka, który  jak się okazuje spotykał się z nią, aby zdobyć uznanie jej ojca. Mająca dość tak nędznego życia, Gosia popełnia samobójstwo, na złość wszystkim.

Jakie jest jej zdziwienie, gdy po paru miesiącach budzi się w rodzinnym grobowcu, nie bardzo wiedząc co tak właściwie się stało. Zasnęła, śni na jawie? Wizyta u najbliższej rodziny szybko rozjaśnia sytuację. Gosia, z powodu deficytu na prawdziwy czosnek, zostaje potraktowana czosnkiem granulowanym i dubeltówkę przez własnych rodziców. Zdziwiona, ale już pewna swojej przynależności do świata umarłych, ucieka w popłochu na ulicę, gdzie poznaje ślusarza, wampira Marka. Szybko zostaje przyjęta do nowej społeczności i ze spokojem odkrywa istnienie nie tylko krwiopijców, ale i innych bardziej lub mniej żywych dziwadeł. Wraz z nową rodziną Gosia przeżywa coraz to nowe przygody i perypetie, dzięki którym odkrywa, że życie wampira z PRLu różni się niesamowicie od mrożących krew w żyłach filmów czy książek, z którymi się spotkała. Nie dość, że ludzka krew smakuje teraz gorzej, a jedwab na pelerynę można dostać tylko za dolary, to i moc wampirza jest jakby nie taka znów niesamowita. Ot, nie oddychają, nie pocą się, nie muszą jeść i pić. Ale gdzie te wszystkie niezwykłe moce, którymi każdy szanujący się wampir powinien dysponować?! Gruchotanie kości nieszczęśników jedną ręką, znikanie we mgle, szybkość i sprawność, zamienianie się w nietoperze!

Ano okazuje się, że na przełomie lat wampiry zapomniały jak używać swoich specjalnych mocy, dlatego ani gruchotanie kości, ani znikanie we mgle, a już tym bardziej zamiana w nietoperze specjalnie im nie wychodzi. Dlatego też głównym zadaniem krwiopijców staje się odnalezienie starożytnej księgi, która owe moce pomoże im zgłębić i przywołać na nowo. Niestety, zadanie nie jest łatwe ponieważ nasza grupa bladolicych jednocześnie musi stawić czoło ubecji, partii, nowo powstałemu Wydziałowi Z jak Zabobony, mającemu za zadanie walczyć ze wszystkim co odbiega polityce, wszelkim kapusiom i cinkciarzom oraz grupie szturmowej działającej na  rzecz Kościoła, ze stojącą na jej czele babcią Adelajdą. Do tego dochodzą przygody z innymi stworami. Eh, czy życie wampira nie jest skomplikowane?

„Wampir z M-3” miał być odpowiedzią na wszystkie lepsze bądź gorsze historie o wampirach, zalewające nas niczym fala powodziowa i pozostawiające często – jak to po powodzi – zawieruchę i zamęt. Bywają hisotrie trafione, po których mamy uczucie pokrzepienia, ale nie okłamujmy się, większość tych opowiadań powstaje jedynie po to aby napędzać machinę z pieniędzmi i aby powielać wzorzec. „Wampir z M-3” to zupełna nowość.

Z kolejną przeczytaną stroną, mamy wrażenie, że autor w karykaturalny i zabawny sposób naśmiewa się i jednocześnie rozprawia z ostatnio często występującym zjawiskiem, tzw „edwardomanią”. Wyobraźmy sobie bowiem rodzinę Cullenów przeniesioną nagle do swojskiej Warszawy, nękaną przez ubecję i kupującą jeansy w Pewexie… w dodatku pozbawioną swoich mocy. Cóż, Edward nie wyglądałby już tak czarująco prawda? Za to niewątpliwie przyprawiłby nas o ból brzucha ze śmiechu, co też zapewnia książka pana Pilipiuka. Cięty humor, riposty głównych bohaterów i ich dziwne i wcale nie takie zwykłe (w końcu nie zawsze ma się szansę zostania wampirem!) przygody, sprawiają, że całą historię pochłaniamy bardzo szybko.

Bohaterowie są bardzo realni, można wręcz rzec – żywi (jak na ironię losu). Nie ma postaci nudnych czy niedopracowanych, każdy pojawiający się bohater zapada w pamięci i przede wszystkim zdobywa naszą sympatię. Pomysł z osadzeniem wampirów w realiach PRLu jest bardzo trafiony, natomiast połączenie różnych nurtów kulturalnych, mitologicznych czy legendarnych sprawia, że książka staje się mieszanką wybuchową. Muszę też zaznaczyć, że przyjdzie nam się spotkać nie tylko z wampirami, ale również z wilkołakiem Gregiem czy mumią egipskiego kapłana Hefi,czyli w języku tubylców poczciwym Heńkiem. Znajdzie się też coś dla fanów motoryzacji, bowiem legenda Czarnej Wołgi jak się okazuje, wciąż jest żywa.

Wszystko byłoby pięknie ładnie, gdyby nie wrażenie, że akcja nie zostaje do końca rozbudowana. Niby poszukujemy księgi wraz z wampirami, ale w połowie książki poszukiwania te ustają. W dodatku nie ma jakby wyraźnie zarysowanych celów, do których dąży akcja, książka wydaje się być opowiadaniem, w którym przewijają się świetne postaci. Tylko że postaci te błądzą trochę bez celu po kolejnych kartkach, a czytelnik błądzi wraz z nimi.

Mimo jednak tego, polecam tę książkę wszystkim fanom fantasy, szczególnie tym, którzy wyjątkowo polubili tematy związane z wampirami. Książka bowiem, poza drobnymi mankamentami, wciąga, bawi (powinnam dodać edukuje :)) i zapewni nam rozrywkę na te coraz to zimniejsze wieczory. Zdecydowanie lektura lekka, odprężająca, z dużą dawką inteligentnego, trochę ironicznego humoru.

02. – Stosik numer 1

Posted: 3 grudnia 2011 in Stosik
Tagi:

Postanowiłam zaprezentować swój pierwszy, może nie pokaźny ale za to dość cenny, stosik książek, które czytam właśnie w chwilach wolnych od pracy (niestety tych chwil jest stosunkowo mało…). Enjoy 🙂

Od góry:

  1. Wampir z M-3″ Andrzej Pilipiuk – książka zakupiona przeze mnie w Empiku, jeszcze w czasach kiedy byłam w Polsce. Miała być prezentem dla mojego brata, jednak nie przypadła mu początkowo do gustu, dlatego dorwałam ją ja i zatopiłam się w lekturze 🙂 jedno mogę stwierdzić na pewno – świetna 🙂
  2. „Escape from evil” Cathy Wilson – książkę zakupiłam w lokalnym centrum handlowym, w Szkocji. Z powodu utrudnionego dostępu do książek przetłumaczonych na język polski, musiałam ratować się literaturą w języku angielskim. Dla tych, którzy spotykają się z tym tytułem pierwszy raz, dodam, że książka jest opisem życia żony seryjnego szkockiego mordercy.
  3. „Sztuka grzechu”Arni Thorarinsson – książka kupiona jakiś miesiąc temu na stronie http://www.ksiazka.co.uk ; zachęcił mnie do niej opis zamieszczony na wspomnianej stronie, jednak moją opinię wyrażę w recenzji, która pojawi się już niebawem.
  4. „Pretty Little Liars. Kłamczuchy” Sara Shepard – książkę zamówiłam jakiś tydzień temu, również ze strony http://www.ksiazka.co.uk
  5. „Szczęściara” Alice Sebold – książka pochodzi również z wyżej opisanej strony internetowej. Po lekturze świetnej „Nostalgii Anioła” skusiłam się na inną książkę tej autorki. Żałuję czy nie – dowiecie się w recenzji 🙂
  6. „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell – opasłe tomisko, ale wciągnęłam je ekspresowo, książka zakupiona ze strony internetowej.
  7. „Wiedźmin. Ostatnie życzenie” Andrzej Sapkowski – książka, którą czytam już drugi tydzień, w przerwach między pracą, dlatego też tak mi się ciągnie 🙂

Mam nadzieję, że wkrótce uporam się z tym małym zbiorem i będę mogła zamieścić tu kolejną recenzję. Tymczasem wracam do leniwej soboty, herbatka prawie mi wystygła! 🙂

Pozdrawiam,

Bluszczyk 🙂